niedziela, 8 kwietnia 2012

Odkupienia szukaj w tumskiej katedrze


To za tym drzwiami czeka
śmiercionośne Odkupienie
Choć Apokalipsa według Pana Jana już w samym tytule nawiązuje do motywów religijnych, to jednak z trudem by szukać w niej odwołań religijnych. Choć pojawia się co prawda postać biskupa, to jednak dosyć szybko zostaje on odesłany do Boga, wraz z całą świtą wspierających go klechów. Nie obywa się jednak bez rytuału nawiązującego symboliką do religii, i to właśnie jej poddawany zostaje środowisko kleryckie, w wyniku... powiedzmy, że w wyniku nadmiernej zapalczywości w wykonywaniu zadań niekoniecznie związanych z wyznawaniem wiary. 

Na umocnionym przyczółku przed mostem Tumskim stali kolejni gwardziści. W sumie trzydziestu ludzi. Podwójna warta z „ostatniej linii życia”, jak nazywali wybrzeże tego kanału Odry mieszkańcy miasta. Za mostem Młyńskim, przy kolejnej rogatce, zebrał się dzisiaj prawdziwy tłum. Zawsze, gdy ktoś szedł na Odkupienie, było tam trochę gapiów. Nigdy jednak, nawet gdy pędzono kilka dni temu pierwszych Wyklętych, nie widziano tu takiej ilości ludzi. Ale nikogo to nie dziwiło, może prócz samych kleryków. Dzisiaj, zgodnie z zapowiedzią Burmistrza, pojawić sie tutaj mieli ci, którzy byli odpowiedziami za ogrom zniszczeń, jakie spotkały Wrocław, Polskę, a może nawet cały świat. To widowisko warte było nawet kilku godzin sterczenia w morderczym upale. 
(Robert J. Szmidt, Apokalipsa według Pana Jana, str. 45) 

Potęga, która ma budzić grozę i szacunek dla władcy
W świecie popromiennych mutantów, nieskażony promieniowaniem człowiek staje się Wyklętym. Wyklętym, za zabicie którego zyskuje się powszechny szacunek i honor. Aby zmazać swe winy, zdrowi muszą poddać się rytuałowi Odkupienia, czyli spotkaniu ze źródłem Zła, leżącym w katedrze niewybuchem bomby atomowej. 

Weszliśmy do wnętrza budowli. Zauważ yłem, że część dachu katedry zniknęła, gruz zaścielał niemal całą posadzkę. Przez otwór wielkości sporego domu wpadało do środka światło zachodzącego słońca. Ledwie przekroczyliśmy próg, drzwi za nami zamknęły się ze zgrzytem. Ułożyłem Pawła na jednej z ławek i usiadłem obok, podtrzymując jego głowę. Oparł się na mojej piersi i cicho pojękiwał. 
– Widzisz, nie jest tak źle – powiedziałem, klepiąc go lekko po ramieniu. – Da się przeżyć. Mo że znajdziemy drogę ucieczki?... 
– Jest źle – odparł. – Nawet gorzej. 
– Dlaczego tak sądzisz? – zapytałem. 
Nie odpowiedział, tylko wskazał na dozymetr przypięty do mojego kombinezonu, a znajdujący się tu przed jego oczami. Wyświetlacz był czarny jak najgłębszy krąg piekieł. Wcześniej nie zwracałem na niego uwagi, ostatni raz chyba wczoraj, przed wjazdem do miasta. Sprawdziłem dozymetr Pawła, był równie czarny. 
[...]
Widok na ołtarz tumskiej katedry - to tu, według autora,
leżeć będzie niewybuch radioaktywnej bomby
Wstałem i rozejrzałem się po nawie. Nie zauważyłem nic niezwykłego. Ruszyłem w kierunku ołtarza, mijając kolejne kolumny. Wkrótce wszedłem na połać gruzu zalegającego na posadzce. Echo moich kroków przestało być tak dźwięczne. Zatrzymałem się po raz kolejny. Słońce zniżało się coraz bardziej i we wnętrzu katedry robiło się coraz ciemniej. Ale nie przy ołtarzu, który zdawał się emanować zielonkawą poświatą. Podszedłem bliżej. Zauważyłem bruzdę prowadząca przez środek posadzki w kierunku drewnianej konstrukcji ołtarza. Zaschło mi w gardle. Wiedziałem już , co znajdę, a mimo to łudziłem się, że to nieprawda. U podstawy połamanego ołtarza leżał pogięty stoż ek metalu, nie dłu ższy ni półtora metra. Jego wnętrze migotało opalizująco w ciemnościach zapadającego szybko zmierzchu. Napisy w cyrylicy i czerwona, ledwie widoczna, gwiazda powiedziały mi wszystko. Wróciłem do Pawła. Usiadłem i objąłem go ramieniem. 
– Ile? – zapytał chrapliwie. – Ile nam zostało?
(Robert J. Szmidt, Apokalipsa według Pana Jana, str. 34/35) 

Mroczne, gotyckie wnętrza katedry, czyli
czy za tymi drzwiami jest jeszcze jakaś nadzieja?
Oczywiście, podobnie jak w przypadku spalenia heretyków na stosie w czasach Świętej Inkwizycji, rytuału Odkupienia nie przeżywa nikt – a skazany jedynie oczyszcza swe życie z grzechów. Jaka jest więc alternatywa dla śmierci w mękach? Ludzie wartościowi dla Jana IV Sobieszczuka mogą dołączyć do jego sił, a ten ogłosi, że Wyklęci uczestniczyli w działaniach wojennych nie z własnej winy, a na rozkaz – a posłuszny mu tłum uzna takich ludzi za swoich. W zamian muszą pomóc tchnąć nowe życie w Rzeczpospolitą i przywrócić jej siłę i wielkość... odtworzyć imperium sięgające od morza do morza. Zmartwychwstała Polska Mesjaszem Narodów – chyba już znamy to z naszej przeszłości, a historia zatacza kolejne koło... 

- Nadal będą nas nienawidzić i zabijać... 
– Myli się pan, panie Henryku – przerwał mu Burmistrz. – Nie słyszał pan nigdy o odkupieniu? 
– Ale co to ma wspólnego z nami? – mruknął Traczyk. 
– Wiele, może mi pan wierzyć, że wiele. On – tu Pan Jan wskazał na płonącego jak pochodnia i wciąż ż ywego Sawickiego – właśnie zmazuje wasze przewiny. Podobnie jak biskup [...] i wasi przełożeni. Wszyscy, którzy przeszli rytuał Odkupienia. 
– To znaczy? – zapytał pułkownik. 
– Wizytę w naszej katedrze – uśmiechnął się Sobieszczuk. – W miejscu, skąd najbliżej jest do Boga. 
(Robert J. Szmidt, Apokalipsa według Pana Jana, str. 63) 

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanocny Zajączek

Wydawało mi się, że pytania w konkursie okażą się dla fanów Achai znacznie łatwiejsze. Jednak tak długa przerwa wydawnicza nie służy pamięci i odpowiedzi nie spłynęło zbyt dużo. Co do odpowiedzi, dalsza część zapowiadana jest parokrotnie w wizjach Mereditha, w których spogląda on w bliżej nieokreśloną przyszłość. Zupełnie niespodziewaną, aczkolwiek poprawną odpowiedzią okazały się też ostatnie zdania trzeciego tomu Achai. Niestety, nikt nie pokusił się na odpowiedź na drugie pytanie i nie stworzył żadnej alternatywnej do autora wersji zdarzeń lub świata stworzonego. 
W związku z tym, wygrana w postaci książki "Pomnik Cesarzowej Achai" ufundowanej przez wydawnictwo Fabryka Słów pojedzie do Chorzowa, a szczęśliwą zwyciężczynią została Silaqui. Z kolei dodatkowa nagroda pocieszenia (w postaci "trójpaku" Achai) pojedzie do Czarnej Hanki z Radzymina za zaskakującą odpowiedź.
Zwycięzcom gratuluję wygranej. Kolejna szansa na zdobycie darmowych książek najprawdopodobniej na najbliższych Wrocławskich Spotkaniach z Fantastyką. 

niedziela, 25 marca 2012

Tymczasem gdzieś na statku...


Pamiętacie „straszydła” z kina Helios? Dochodzą mnie słuchy, że do Wrocławia zbliżają się kolejne. Gdzieś w otchłaniach ładowni jednego z tysięcy statków zmierzających ku Polsce zaszyły się kolejne. Można przypuszczać, że wykorzystały jakieś odległe efekty przetarcia rzeczywistości i teraz pragną dostać się do Wrocławia, aby skorzystać z kolejnej Niewidzialnej Biblioteki i powrócić do swojego świata? A może to kolejne potwory próbujące zachwiać chybotliwą już równowagę walk między alienem i predatorem w holu kina Helios? Czy jedna ze stron tego konfliktu osiągnie przewagę, a Wrocławiowi zagraża zniszczenie przez wygraną rasę i kolonizacja przez hordę potworów? Z tak szczątkowych informacji ciężko na razie cokolwiek wnioskować, ale z pewnością będę monitorował tą sprawę.

wtorek, 20 marca 2012

Na granicy różnych Rzeczywistości


Próby poznania strategii walki z potworami
Kto czytał Pratchettowski Świat Dysku, z pewnością słyszał o Niewidzialnym Uniwersytecie. Strzelista wieża, którego ledwie namiastką we Wrocławiu jest nieotwarty jeszcze Sky Tower, ukrywa bibliotekę. Moc zawarta w spisanych tam księgach potrafi prawie* wszystko, włącznie z zakrzywieniem L-przestrzeni. Tylko dzięki temu zjawisko możliwe jest otwarcie bram pomiędzy światami (wszechświatami) równoległymi i poznanie przez nas Świata Dysku.

Rekwizyty do gier
Jak wspomina autor parokrotnie, otwarcie bram między wszechświatami stwarza ogromne zagrożenie, że przez naruszoną osnowę rzeczywistości przedostaną się straszne potwory, zagrażające światu do którego się przedostały. Po stronie Dysku bezpieczeństwo zapewnia małp... AUĆ! Znaczy się, bezpieczeństwo zapewnia orangutan dbający o bibliotekę Niewidocznego Uniwersytetu, po naszej stronie bezpieczeństwo zapewniają na szczęście członkowie wzmiankowanego już wcześniej Stowarzyszenia Wielosfer. To oni z miesięcznym zazwyczaj wyprzedzeniem wiedzą, w której wrocławskiej bibliotece nastąpi przerwanie rzeczywistości i odpowiednio wcześniej wysyłają tam swoją ekipę. Oprócz zapewnienia bezpieczeństwa, ważne jest też zapobieganie panice. Jak pokazują bohaterowie wielu książek fantastycznych, najskuteczniejszym sposobem okazuje się nie zatajanie faktów (wokół tajnej amerykańskiej Strefy 51 krążą już takie mity, że momentami można zwątpić czy Apokalipsa już dawno nie nastąpiła), ale wręcz odwrotnie – upublicznienie tajemniczych wydarzeń maksymalnie szerokiemu gronu, z przygotowanym wcześniej odpowiednio logicznym wytłumaczeniem. Pamiętacie efekt w Pieczyskach z Zapachu Szkła? A może polskiego agenta z Ucieczki z Festung Breslau (i nie mówię tu oczywiście o Hansie Klossie)? Jeśli tak, to już wiecie o czym mówię.
I jak tu wierzyć prawom fizyki?
Niech nie zmyli was pozorna różnica w nazwie wydarzenia, bo przecież znaczenie słów pozostaje to samo, a różnicę można zwalić na tłumaczenie polskiego wydawcy serii Świata Dysku. Wystarczy przyjść samemu, aby przekonać się że w Niewidzialnej Bibliotece spotkać można światy obce Ziemi. Tak więc pojawia się tu pratchettowskie Ankh-Morpork, pojawiają się moskiewskie zombiaki znane chyba z serii Metro 2033, nie obejdzie się oczywiście bez sławetnego Jakuba Wędrowycza. Z góry muszę zapobiec waszym obawom, tych potworów nie trzeba się bać. Na szczęście, organizatorzy sprawili, że potwory pojawiają się w postaci bezpiecznej dla uczestników, bo pojawiają się w postaci gier planszowych czy karcianych. Tak więc każdy przychodzący może spróbować swych sił w walce o zachowanie naszej Rzeczywistości i choć trochę odciążyć Wielosfer od ich ciężkiej pracy, nie ryzykując jednak niczym w razie przegranej. Możecie sami sprawdzić, czy zombiaki lepiej zatrzymuje moskiewski koktajl Mołotowa, czy podlubelska kosa i bimber. Równie dobrze może spróbować zająć miejsce Lorda Vetinariego panującego w Ankh-Morpork, choć do wyboru pozostaje także rola Kapitana Marchewy. Zarówno dla wiecznych ślamazar jak i dla będących w ciągłym ruchu istnieje możliwość poznania świata pędzących żółwi, gdzie nic nie jest takie, jak u nas. Można nawet próbować wczuć się w architekta – tworząc wieże i inne konstrukcje przeczące ziemskiej fizyce. Choć byłem już świadkiem kilku „przetarć rzeczywistości” w kilku różnych Bibliotekach, to wciąż nie znam jeszcze wszystkich potworów, które przychodzą odwiedzić Miasto Spotkań Różnych Rzeczywistości.
Członkowie Wielosferu z chęcią wytłumaczą zasady gier
PS. Na czas trwania Niewidzialnych Bibliotek, zalecam nie próbować niszczyć książek czy zmieniać ich porządku. W końcu nigdy nie wiadomo, czy „przetarcie rzeczywistości” nie pozwala na krótkotrwałe odwiedziny Bibliotekarza z biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu. Zresztą na co dzień też nie polecam, bo niezbadane są L-przestrzenie. Proszę czytać spokojnie, nie wyrywać kartek i nie przeginać grzbietów.


* prawie – nie potrafi jedynie odczarować panującego tam orangutana – Bibliotekarza do oryginalnej postaci. Ale to tylko z powodu celowego zniszczenia przez samego niezainteresowana ksiąg zawierających odpowiednie zaklęcie. To zresztą jedyny przypadek wandalizmu książkowego zanotowanego w Niewidzialnej Bibliotece, nawet uwzględniając mole książkowe.  

czwartek, 15 marca 2012

Konkurs, czyli książki do rozdania


Andrzej Ziemiański, Pomnik Cesarzowej Achai, zapowiedz okladki
Andrzej Ziemiański, Pomnik Cesarzowej Achai
(zapowiedź okładki)
Imperium karmi się krwią swoich żołnierzy.

Wieczne wojny pochłaniają wciąż więcej i więcej istnień. Szkoda czasu na szkolenie żołnierzy – wystarczy, że potrafią stać w szeregu i trzymać karabin. Strzelać nauczą się w boju.

Oto cena przetrwania tysiącletniego cesarstwa. 

Pomnik Cesarzowej Achai, zapowiedź

Z pewnością fani Andrzeja Ziemiańskiego już wiedzą, że wkrótce, bo 4 kwietnia, odbędzie się premiera kolejnej jego powieści, Pomnika Cesarzowej Achai. Oczywistym wydaje się skojarzenie, że będzie to kontynuacja znakomitej Achai, opowiadającej o zmiennych losach księżniczki Troy, której losy raczej nie kojarzą się z dworskim życiem. Zapewne nowa książka ta nie będzie zaskoczeniem dla uważnych czytelników, bo już w samej Achai pojawiają się pewne napomknienia sugerujące, że Achaja nie stanowi zamkniętej całości, a gdzieś w odległej dla bohaterów przyszłości pojawią się wydarzenia, które jeszcze nie pasują do tego, co działo się w dawnym świecie Achai.
Ktoś zastanawiałby się, czemu wspominam o tej książce, która (poza osobą autora) nie ma żadnego związku z Wrocławiem. Otóż dzięki wspaniałomyślności wydawcy książki, wydawnictwa Fabryka Słów, będę miał dla Was 2 książki do rozdania. Obydwie do wydania tylko dla wiernych fanów Achai. Aby udowodnić, że się do nich zaliczacie, musicie się wykazać co najmniej dobrą znajomością książki i udzielić odpowiedzi na co najmniej jedno pytanie konkursowe.
Pierwsze pytanie wymaga wyłącznie znajomości książki, a brzmi ono:
Już wkrótce kontynuacja cyklu Achaja Andrzeja Ziemiańskiego
Motyw z okładki książki A. Ziemiańskiego "Achaja", t. 1

1. Podaj gdzie w Achai (w dowolnym tomie) pisarz zapowiada przyszłe wydarzenia (nie opisane w Achai) i sugeruje, że wydana zostanie kolejna część Achai?

Wśród wszystkich autorów odpowiedzi wylosowana zostanie pierwsza z książek. Druga wymagać będzie nie tylko znajomości książki, ale także wykorzystania własnej wyobraźni. Aby ją wygrać, należy trochę dokładniej wgryźć się w wizje przyszłości i po krótce opisać 

2. Jak według Ciebie wyglądać będzie świat przedstawiony w „Pomniku Cesarzowej Achai” 

Okladka Achaji, t. 2, Andrzej Ziemianski
Motyw z okładki książki A. Ziemiańskiego, "Achaja" (tom 2)


Ksiezniczka krolestwa Troy ktora stala sie luanska kurwa
Achaja, księżniczka królestwa Troy
z tatuażem luańskiej kurtyzany
 
Do Waszego wyboru pozostawiam, jaką część wizji chcecie opisać: fabułę, interakcje między bohaterami, stosunki geopolityczne, bronie stosowane w nowych częściach. Można skupić się na kontekście książki, można skupić się na jednym z wielu wątków, można wreszcie opisać jak te wątki splotą się w jedną całość. Druga książka powędruje z pewnością do twórcy najciekawszej wizji, nawet jeśli nie do końca utrafi w pomysły autora (choć nie dopuszcza się zupełnej dowolności, opisy choć trochę muszą się zgadzać z tym, co zapowiadają postaci opisane przez Ziemiańskiego).

Odpowiedzi proszę wysyłać mailowo na adres:



Rozwiązanie konkursu opublikowane zostanie w dniu premiery książki, do tego dnia należy więc składać swoje odpowiedzi (4 kwietnia). W przypadku, gdyby we Wrocławiu odbyła się wcześniejsza prapremiera książki (a podobno istnieje taka możliwość), za termin zakończenia konkursu uzna się dzień prapremiery wrocławskiej (informacje będą publikowane zarówno na stronie, jak i na facebookowym fan-pagu)
PS. Aby nie zawężać grona zwycięzców, osoby które wygrają egzemplarz Pomnika Cesarzowej Achai za najciekawszą wizję świata, nie będą już brane pod uwagę w losowaniu.
UWAGA!!! Wszystkie odpowiedzi proszę wysyłać mailowo. Wszystkie odpowiedzi udzielane w postaci komentarzy pod niniejszym postem lub na profilu facebookowym będą usuwane i nie będą brane pod uwagę w konkursie.

A poniżej krótki fragment z nowej książki:
"Pomnik cesarzowej Achai był tak duży, że wyrastał nawet nad okoliczne skały. Kai skrzywiła się patrząc na wykute w kamieniu wyobrażenie dziewczyny sprzed paruset lat. Miała dziwną twarz o wyrazie arogancji i pewności siebie, patrzyła gdzieś w przestrzeń, ponad piaskami pustyni otaczającymi szkołę czarowników. Ciekawe czy naprawdę była taka brzydka, czy to tylko wyobrażenie nieznanego rzeźbiarza, który uważał, że cesarzowa powinna wyglądać chamsko i butnie? Chwała cesarstwa przede wszystkim, ponad kobiecość? Podobno baba była tak dobra w mieczu, że pokonała samego Viriona. Kai pamiętała to z nudnych wykładów w szkole. Kurza dupa! Wzruszyła ramionami. A kto to był Virion?"
Andrzej Ziemiański, Pomnik Cesarzowej Achai

środa, 7 marca 2012

Nepomukiem w kosmos


pomnik sw. Jana Nepomucena przed kosciolem sw. Krzyza we WroclawiuCi, którym spodobała się początkowa idea bloga, mogli się ostatnio poczuć trochę rozczarowani. Z kolei natłok wydarzeń wrocławskiego Wielosferu związanych z fantastyką (3 seanse teatralno-kinowe w trwającym obecnie cyklu "Nadchodzi Koniec Cywilizacji”, wkrótce Niewidzialna Biblioteka) może sprawić, że niektórzy już w ogóle mogą mieć dosyć monotonii i zaprzestać odwiedzin. Dlatego postanowiłem przełamać tą jednolitość powrotem do klasycznej idei – odnajdywania miejsc opisanych przez fantastów. 
W okresie katolickiego postu, kiedy to ochrzczony już Jezus spędzał 40 dni na pustyni (która to atrakcja, choć w krótszym wymiarze, zapowiada mi się w najbliższym czasie), najbardziej oczywiste byłoby odnalezienie źródeł związanych z Janem Chrzcicielem. To jednak nie takie proste, więc w zastępstwie posłużyłem się Janem Nepomucenem. Kult tego świętego był silnie promowany przez jezuitów, którzy stawiali go na przeciwwagę Janowi Husowi, wielkiemu protestantowi (a więc heretykowi według kryteriów moralnych ówczesnego kościoła). Po dziś dzień, na dawnych terenach czeskich (a taki przecież był Wrocław w okresie męczeństwa Jana Nepomucena) stoją liczne pomniki świętego, tak popularne, że okrzyknięte zostały własną nazwą (tzw. nepomuki) a nawet dorobiły się własnej, bardzo rozbudowanej strony internetowej.

Jak można wykorzystać nepomuka?

Tak popularna grupa pomników nie mogła umknąć oczywiście czujnej uwadze architekta, bo to nim właśnie z zawodu jest przecież Andrzej Ziemiański. Budując wizję Wrocławia zakopanego pod wielką kopułą, to właśnie nepomuka wyznacza jako sposób powrotu do normalnego (o ile można to nazwać normalnym) świata snów.
„Zresztą nieistotne. Komandosi sprowadzą cię na dół i opuszczą na jakąś budowlę, mniej więcej na dach kościoła Świętego Krzyża. Wiesz gdzie to jest?
Pomnik sw Jana Nepomucena lysymi aniolkami- Tak.
- Ok. Tuż przed kościołem jest pomnik.
- Wiem. Świętego Jana Nepomucena.
- Ty naprawdę jesteś dobrze przygotowany. - Uśmiechnęła się znowu, tym razem z podziwem. - Świetnie. Żołnierze zdemontują pomnik, zaś w jego miejsce postawią atrapę, nie do odróżnienia od oryginału. A w środku będzie stał pocisk kosmiczny.
- Jaki? - spytał.
- Zwykła rakieta. Jeśli znalazłbyś się w niebezpieczeństwie, wystarczy wsiąść i odpalić. Niestety zginiesz momentalnie, ale to żaden problem. Pocisk będzie miał takie przyspieszenie, że nawet zgnieciony przebije te cztery i pół kilometra betonu i poleci w kosmos. Na orbicie przejmą go nasze statki, wyjmiemy cię i odtworzymy. Nic się nie bój, to sprawdzona technologia”.
Andrzej Ziemiański, Legenda czyli pijąc wódkę we Wrocławiu, str. 220 w antologii „Zapach szkła”

Drobne niekonsekwencje architektoniczne

Pomnik sw Jana Nepomucena na tle Kosciola sw. Krzyza we Wrocławiu
Oczywiście, pomnik nie jest wytworem omamów sennych autora, i istnieje on oczywiście także w realnym świecie. Gdy jednak spojrzeć na niego, to od razu widać pewną niekonsekwencję autora, którą można jednak zwalić na fakt, że akcja opowiadania dzieje się przecież w śnie. Bo pomnik swoje metry ma i autor, jako architekt przecież z zawodu, musi wiedzieć, że taki pomnik swoje waży i raczej ciężko go transportować czy demontować w kilkanaście osób bez użycia specjalistycznego sprzętu. A mimo to...
„Dochodzili do dolnych pięter. Gusiew szczególnie współczuł tym Chińczykom, którzy dźwigali, niemały przecież, sztuczny pomnik świętego Jana Nepomucena z pociskiem kosmicznym. Drużyna saperów zaczęła wiercić otwór w podłodze. Poniżej był już tylko olbrzymi hall budynku, którym przykryto centrum historycznego Wrocławia.”
Andrzej Ziemiański, Legenda czyli pijąc wódkę we Wrocławiu, str. 231 w antologii „Zapach szkła”

I jak jeszcze tutaj można by zwalić to nieuwzględnianie praw grawitacji na lżejszą wagę atrapy oraz masowy charakter zadań podejmowanych przez Chińczyków (przecież nikt nie mówi, że tych Chińczyków nie są setki), to jednak dalej już nie ma wątpliwości, iż tylko nierealnością wyśnionego Wrocławia można wytłumaczyć zaniżanie problemu wagi pomnika.
„Odbijał się mocnymi uderzeniami nóg i skokami zjeżdżał coraz niżej, na stromy dach, a potem na ścianę. Wreszcie, po krótkiej chwili, wylądował na bruku. Kilkunastu komandosów zjechało znacznie szybciej od niego, już byli na dole. Zdemontowali pomnik przed kościołem, a w jego miejscu błyskawicznie umieścili atrapę z pociskiem kosmicznym.”
Andrzej Ziemiański, Legenda czyli pijąc wódkę we Wrocławiu, str. 231 w antologii „Zapach szkła”

Prawdziwy nepomuk w terenie

Plaskorzezba na cokole pomnika sw Jana Nepomucena na placu Kościelnym we Wrocławiu
Gdy dziś odwiedzić pomnik św. Jana Nepomucena... cóż, trudno mi powiedzieć czy jest to „typowy nepomuk” czy tylko „pseudonepomuk”, bo ich klasyfikacja to już temat na oddzielną pracę naukową. Jednak trzeba przyznać, że pomnik robi wrażenie i świetnie prezentuje się na placu. Nawet tymczasowa żółta tabliczka kierunkowskazu „do placu Bema” nie psuje mocno wrażenia, choć czekam na czasy, gdy most młyński zostanie naprawiony a ruch samochodowy znów omijał będzie Ostrów. Oprócz wielkości pomnika tego „bata na heretyków” jak zwyczajowo używali go jezuici, wrażenie robi mnogość detali, aniołków, gwiazdek (oczywiście, oprócz tych na aureoli, których ma prawo być nie mniej, nie więcej niż 5), zdobień. Podstawa pomnika zdobiona jest 4 scenami z życia męczennika (włącznie z jego utopieniem w nurtach Wełtawy). Ciekawostką jest użycie dwóch łysych aniołków, które miały być uwiecznieniem nowo narodzonego syna jednego z kamieniarzy. Gdyby rozpatrywać jego użycie jako rakiety kosmicznej... to trzeba przyznać, że faktycznie ma zarys pocisku. Jedynie już w początkowej fazie lotu należałoby odstrzelić krzyż i wzniesione ku niebu ramiona, choć jeśliby pominąć ten szczegół pewnie same by szybko odpadły pod wpływem naporu powietrza. Tak więc pomnik Jana Nepomucena możemy dorzucić do listy wrocławskich alternatywnych metod podbijania kosmosu, obok opisanego już pociągu do nieba czy wrocławskiej rakiety czy windy orbitalnej (ale o tym już w przyszłości).  

poniedziałek, 5 marca 2012

Marsjanie przywieźli reglamentowany dobrobyt


Wojna światów, następne pokolenie
(plakat filmowy)

Zgodnie z zapowiedzią, 2 marca odbyła się prezentacja II części Końca Cywilizacji, wspólnego wydarzenia Wielosferu i Dyskusyjnego Klubu Filmowego Politechniki Wrocławskiej. Tak jak przy pierwszej części wiadomo było że chodzi o Golema, tak tym razem nie padło ani słowo o tym, co ma nastąpić.


Mała improwizacja marsjańska


Zespół kolejkowo-śledczy
Jakież było więc zdzi-wienie, gdy okazało się, że chodzi o wizytę Marsjan. Znaczy, idea wojen światów sama w sobie nie jest czymś oryginalnym, podobnie jak wizyta Marsjan, jednak gdy okazało się, że Marsjanie nie przynieśli ze sobą zagłady a dobrobyt, to nie wiadomo czego można było się spodziewać. Wkrótce jednak okazało się, że marsjańskiego dobrobytu jest zbyt mało jak na potrzeby Ziemian, więc należało go reglamentować – w sposób chyba najbardziej znany Piotrowi Szulkinowi oraz innym ludziom wychowanym w komunizmie. Oczywiście reglamentacja oparła się o jakże znany chyba nam wszystkim (choć młodszym zapewne tylko z opowiadań) system kartek. Oczywiście nie obyło się bez karczemnych awantur w sklepie niczym z barejowskiego misia, nie obyło się bez jakże oczywistego aparatu śledczego niczym z Kafki, jednak bunt w liceum w stylu dzieci wrzesińskich przerósł moją wyobraźnię. 
Gregory Greg, Warszawskie Wiadomości Marsjańskie
A wszystko to przeplatane wypowiedziami Gregorego Pecka z Warszawskich Wiadomości Marsjańskich, który w miarę relatywnie starał się przedstawić te wydarzenia, co utrudniała mu Pani Producent, która uparcie próbowała zatuszować negatywne aspekty obiektywizmu. Co ciekawsze, Marsjanom najbardziej spodobał się nie systemowy entuzjazm jako reakcja na ich przybycie, ale rzekoma otwartość wypowiedzi i prawda płynąca z przekazu telewizyjnego.
Kreacja Marsjanina w filmie
Wojna Światów: Następne stulecie Piotra Szulkina
Tak było w części improwizowano-teatralnej zorganizowanej przez Wielosfer. Okazało się, że mimo reglamentacji marsjańskiego dobrobytu starczyło na krócej niż planowano, dlatego projekcja filmu „Wojna Światów: następne pokolenie” Piotra Szulkina odbyła się z lekkim wyprzedzeniem. Muszę przyznać, że po poprzednim filmie, ten pozytywnie mnie zaskoczył. Choć film został zrealizowany bez drogich efektów specjalnych, to wyraźnie było czuć z niego klimat fantastyki. A wszystko dzięki odrobinie srebrnej farby na twarz, srebrnym kurtkom, paru karłom i dwóm czy trzem ujęciom startującej rakiety kosmicznej z kronik filmowych. Sam George Lucas, znany ze swoich niskobudżetowych metod tworzenia „kosmicznego” sprzętu ze sprzętów codziennego użytku musi się przy tym schować... 

A może spróbujmy bez Marsjan?

Iron Idem, Wojna Światów: Następne Stulecie (Piotr Szulkin)
Choć to oczywiście w pierwszej połowie. W drugiej połowie wątek Marsjan ustępuje miejsca tematyce przewodniej filmu, jaką jest obłuda świata telewizji, metodom manipulacji używanym w systemach totalitarnych, otumaniania ludzi i ich podatności na sterowanie. Choć początkowo wydaje się, że to Marsjanie (i entuzjazm ziemskiej władzy ich goszczącej) jest przyczyną całego zła, jednak widz nawet nie zauważa, kiedy głównym winowajcą okazuje się wszechobecny System, a usunięcie Marsjan z filmu jeszcze dobitniej to podkreśla. Ponownie podkreślić należy dobór aktorów do granych przez nie ról (chociażby aktorzy znani nam z późniejszego „Piłkarskiego pokera” grający tutaj działaczy dobrze ustawionych w Systemie), choć telewizyjną obłudę najlepiej ukazują dwie sceny śmierci: szaleńca walczącego z systemem i głównego bohatera Irona Idema... Och, ktoś pomyśli, że popsułem mu niespodziankę i teraz nie warto oglądać filmu – skądże znowu, właśnie mając te fakty jeszcze bardziej dacie się zaskoczyć zakończeniu. I tak jak poprzedni film odradzałem, tak Wojnę Światów: Następne pokolenie zdecydowanie polecam!