niedziela, 15 września 2013

Kryzys wiary w krasnoludki?

dziecko w krasnalowej osadzie
Wroclove krasnalami stoi – wiedzą o tym i mali, i młodzi. Niestety, choć to już czwarty z kolei festiwal, to wciąż ciężko mówić o nowej, świeckiej krasnalowej tradycji. 4 festiwale, 3 różne miejsca (rynek, Wyspa Słodowa, Teatr Miejski), 2 różne daty (przypomnę, że pierwsze dwa festiwale związane były z Dniem Życzliwości)... pewien trend jednak daje się zauważyć i miejmy nadzieję, że nie będzie on znów dopasowywany do zmieniającej się ciągle koncepcji rozrywki „miejskiej”.
Niestety, Festiwal Krasnali to wciąż święto w którego planowaniu wciąż zapomina się, że piątek jest dla większości rodziców dniem pracującym, a dla dzieci – dniem szkolnym. Tak więc na piątkową paradę krasnali trafić mogą tylko dzieci z wybranych szkół, a nawet wręcz klas, bo jak wiadomo, nie każdy nauczyciel chce odchodzić od klasycznego modelu zajęć lekcyjnych. Ja też swoją wizytę na tym jakże ważnym dla wrocławskich krasnali święcie musiałem ograniczyć do drugiego dnia.

zabawy dzieciece - rzezbienie krasnala


makieta krasnalowego swiata
zabawy dzieciece - malowanie krasnalowej czapeczkiGdy przybyłem na miejsce wydarzeń, to co zastałem nie napawało optymizmem. Tak jak małą (w stosunku do zeszłego roku) ilość dzieci i rodziców łatwo powiązać z mało słoneczną pogodą, to zastanawiała ilość stoisk dla dzieci. Trzy czy zapchane cztery namioty (chociaż raczej był to „tłum organizacyjny” bo kilkoro dzieci wystarczało, żeby je skutecznie zapchać), jedno stoisko otwarte do malowania krasnalowych czapeczek (później jeszcze odkryłem, że leżąca na ziemi krasnalowa mapa też ma stanowisko tworzenia instalacji, jednak zazwyczaj nikogo przy nim nie było). Choć oczywiście deszcz (i związana z nim mokra trawa) znacząco ograniczała możliwości ustawienia stoisk, to miało się wrażenie, że deszcz był zamawiany – żeby mieć jak wytłumaczyć się z małej ilości zamówionych stoisk. Do tego deszcz raczej nie sprzyjał dekoracjom – wiszące na drzewach, rozklejające się krasnalowe buty powoli gubiły poszczególne warstwy, niektóre krasnalowe domki zbudowane z wielkim zaangażowaniem uczniów szkół podstawowych też swym stanem przypominały stan wielu dolnośląskich zabytków. A wszystko to po zaledwie jednym dniu użytkowania – ewidentnie widać było brak pielęgnującej ręki gospodarza, który co godzinę-dwie przeszedłby się i przy pomocy byle spinacza i pędzelka podreperowywałby atrakcje swojego podwórka.
Wspomniany deszcz to chyba w ogóle jakiś skażony smutkiem był. Dzieci mało skore do zabawy były, raczej dorośli malowali im czapeczki. Kiedyś wspominałem odorosłych, którzy dzięki dzieciom wreszcie znajdą wymówkę abyzaspokoić niespełnione marzenia z dzieciństwa – no właśnie, momentami tak właśnie to wyglądały gdy znudzone dzieci przyglądały się, co tym dorosłym się tak na starość zdziecinniało.
Ale nauczony doświadczeniem, postanowiłem poczekać. Dać imprezie szansę pokazania się, że nie jest tak źle. I się doczekałem – chociaż słońce nie wyszło zza chmur, to chociaż na scenie się coś zaczęło dziać. Zaczęły się inscenizacje krasnalowych bajek, które w ramach konkursu nadsyłali mieszkańcy Wrocławia. Pierwsza zaczynała się mało optymistycznie...

KRYZYS WIARY W KRASNOLUDKI

bajka o wrocławskich krasnalach
I taki właśnie był jej początek. Chociaż nie obyło się bez gagów słownych, to jednak trąciła nutką dekadencji – a właściwie, to nie nutką ale całą arią depresji. Bo ludzie już nie zauważają krasnali, bo nikt w nie nie wierzy, bo żeby nie zostać zdeptane, to tylko po nocy mogą poruszać się po mieście, gdy wielkie ludzie głównie siedzą już w domach. I jak z takiego początku wyjść na optymistyczne zakończenie? Jak widać da się, wystarczy na końcu ciemnego tunelu umieścić małe światełko. Tak małe, jak chociażby dziecko. Bo jeszcze są tacy, którzy zauważają krasnale – a są to właśnie dzieci. A skoro jest nadzieja, to trzeba ją wykorzystać. I potem już poszło – na scenie zagościła radość i wesołość. No i jakże istotna sprawa: wrocławska piosenka reggae (dokładniej – coś z gatunku ragga – ska :) - es que mi gusta!!!

krasnal wroclawski - rzezba gliniana


zabawy dzieciece - krasnalowy sitodruk
Radość i wesołość zagościła nie tylko na scenie, kryzys wiary w krasnoludki też jakoś tak zażegnany został w realnym świecie – nagle na Festiwalu Krasnali jest dużo więcej ludzi!!! I nie, to nie mój umysł upojony wesołym ska zaczął płatać mi figle, nikt nie rozproszył w powietrzu zakazanych magicznych ziół reggae – to na główny plac festiwalu wróciły rodziny uczestniczące w krasnalowej grze miejskiej. No tak, tylko cztery namioty na krzyż już dobitnie zaczęły pokazywać, że trochę ich za mało na ogarnięcie takiej ciżby ludzkiej. No i wśród tłumów pojawił się marionetkowy król, który sprytnie wykorzystywał rozbawienie dzieci do obcałowywania ich i przytulania... a może było na odwrót, może to te tulenie się i całusy tak rozbawiały dzieci? Ot, taki dziecięco-marionetkowy „hugh's day”, który daje wiele radości :)
zabawy dzieciece malowanie krasnalowej czapeczki
Potem były kolejne bajki. Choć pełne pomysłów, choć wciąż wesołe – to już jednak nie umywały się do tej pierwszej. Można było dowiedzieć się, jak i po co powstają brązowe odlewy krasnali, o tym, za co siedzi więziennik (mimo usilnych poszukiwań, do tej pory w żadnym z wrocławskich sądów nie udało się odnaleźć na niego skazującego wyroku), poznać kolejną kosmiczną genezę powstania niektórych wrocławskich budynków – a jednak czegoś zabrakło (rasta - piosenki? :) Widać to było to też po dzieciach – choć wciąż zadowolone, to już mniej niż na poprzednich bajkach.
Krasnale wrocławskie idą na wyprawę o lepsze jutro Festiwalu
Krasnale wrocławskie idą na wyprawę o lepsze jutro Festiwalu
I tak jakoś zszedł drugi dzień święta krasnali – niestety, jak już wspomniałem w klimacie kryzysu wiary w kransoludki. Pozostaje pytanie, jak potoczą się jego dalsze losy. Stała lokalizacja pozwoliłaby na utrzymanie stałej infrastruktury imprezowej (najlepiej takiej, jak na FestiwaluKrasnali na Wyspie Słodowej – zamiast nijakich namiotów były wtedy fajne, kolorowe krasnalowe domki) i rozwinięcie skrzydeł imprezie. Tegoroczne doświadczenia mogą być dobrą lekcją jak radzić sobie z atakami skażonego smutkiem i melancholią deszczu. Nic, tylko piękna szansa na stworzenie „happy en... never-ending story”. Czy bardziej swojsko, zgodnie z naszym wzorcem kulturowym być może w mieście „budzi się nowa świecka tradycja”. Z drugiej strony – tegoroczny Festiwal Krasnali ukazuje powolne znużenie organizatorów pomysłem imprezy – a może tylko nieporadność w radzeniu sobie z dającymi przewidzieć się problemami? Czy to próba odwrócenia się od dotychczasowego głównego symbolu promocyjnego miasta, próba pokazania, że „major” wygrał swoją wojenkę o krasnale i zawłaszczył je na własność – a miasto musi ratować się nowym symbolem? Czy Festiwalowi grozi „un-happy end”? Cóż, pozostaje czekać i obserwować – jednak w głębi serca liczę raczej na tą pierwszą opcję.

domek krasnala wrocławskiego


wtorek, 10 września 2013

Konkurs błyskawiczny - bilety na Kongres (na podstawie Lema)

(informacja o zniżkach dla fanów bloga na końcu tekstu)

Stanisław Lem doczekał się już kilku ekranizacji swoich dzieł, a reżyserowany przez Ari Folman "Kongres" jest najnowszą z nich. Choć oficjalna premiera filmu ma odbyć się w piątek, to już w czwartek film ten możecie obejrzeć na pokazie specjalnym w ramach projektu "Kocham kino" organizowanego przez Multikino.
Tak więc już w czwartek o godzinie 19-tej będziecie mogli rozsiąść się wygodnie w kinowych fotelach i po krótkiej zapowiedzi obejrzeć najnowszy film stworzony na podstawie dzieła najwybitniejszego chyba polskiego fantasty. Żebyście jednak już wcześniej mogli poczuć lemowski klimat, polecam poszukać poprzednich ekranizacji dzieł Lema i wśród nich wybrać taką, w której pojawią się scenerie wrocławskie lub chociaż dolnośląskie. Możecie sobie googlać po całym necie, choć z pewnością łatwiej będzie wam odnaleźć Lema na blogu - bo o jednej z miejscówek z tego filmu już pisałem. Ot, gdzieś w okolicach Legnickiej znajdowało się tajne laboratorium, w którym stworzono (człowieka) doskonałego.

W zamian za dobre odpowiedzi wysłane na adres mailowy:
wroclaw.fantastyczny@gazeta.pl wygrać możecie darmowe wejściówki.

Ale musicie być szybcy. Macie 24 godziny na wysłanie wiadomości.  Jutro o 19-tej blokujemy skrzynkę i wszystkie maile które przyjdą później, będą odrzucane. Około godziny 20-tej pod tym postem ogłoszone zostaną wyniki, a szczęśliwcy zostaną poinformowani o sposobie odebrania wygranej. Na odebranie wygranej i wygodne rozsiąście się w fotelu wrocławskiego kina Multikino w Pasażu Grunwaldzkim macie mniej niż 24 godziny - bo przecież prelekcja zaczyna się w czwartek o 19-tej. A przecież nie wypada się spóźnić na Lema.

I niech pilot Pirx będzie z wami w waszych kosmicznych podróżach!!!

(edited: 2013.09.11)
Zniżka dla fanów bloga! Chociaż wejściówki już zostały rozdane, to zapraszam do skorzystania ze specjalnej, zniżkowej oferty Multikina. Każdy, kto poda hasło "Wrocław fantastyczny" przy kasie, kupuje bilety za 12 złotych, zamiast 19-tu. Więc kogo z Was spotkam na seansie?

poniedziałek, 9 września 2013

Szedariada - 20 lat później, i 20 dni później

„Konwent jakiego jeszcze nie było” to hasło, pod jakim promowane było przez pewien czas zbliżające się już fantasy expo. Jako iż jednak od pewnego czasu organizatorzy podkreślają że to nie będzie konwent, a targi, to nagle zwolniło się chwytne hasło, i pasowałoby mi w ten sposób podsumować szedariadę. Bo z pewnością konwent „wspominkowy” to jednak rzadkość wśród konwentów. 

Zabieranie się do tego tekstu nie szło mi lekko. Bo po lekkim spowolnieniu na blogu nagle w ciągu 3 dni mam 3 tematy do opisania, a ciągle pojawiają się kolejne. Bo wredny korpo-szef (jak korpo, to przecież nie może nie być wredny) każe siedzieć w pracy w ilościach niebezpiecznie zbliżających się do karoshi... i gdy nagle znalazł się czas, to wpadłem na genialny pomysł: co prawda tekst napiszemy od razu, ale żeby było klimatycznie, to opis „Szedariady – 20 lat później” trochę opóźnimy – żeby pojawił się w sieci 20 dni później. Jednak gdy wyciągnąłem kalendarz i zacząłem liczyć – to nagle się okazało, że to właśnie jest te 20 dni później. Więc może tekst podwójnych 20-tek był szedariadzie przeznaczony?

Piatek - szedariady początek


Ale zacznijmy od początku. Piątek – weekendu początek, a więc i Szedariady. Niby miejsce odbywania się konwentu znałem już z coolkonu, jednak tym razem postanowiłem rzucić wyzwanie komunikacji miejskiej Wrocławia, więc dojazd mógł okazać się trochę trudniejszy. Na szczęście już z przystanku dawało się słyszeć odgłosy walki lodowych olbrzymów z krasnoludami, czemu towarzyszyły odgłosy kości turlających się po ośnieżonych zboczach stromo pochylonych gór... słowem, trafiłem bez problemu. Ba, nawet przy akredytacjach pusto było. Tylko dzięki temu na wspominkową prelkę Jacka Inglota trafiłem na czas, mimo jakże późnego wyjścia z domu. I z pewnością pradawne opowieści o prehistorii wrocławskiej fantastyki byłyby ciekawe dla ludzi, którzy ich nie słyszeli – ja tam jednak miałem wrażenie, że słyszę powtórkę z zeszłorocznego bloku na Polconie... i tylko pewne historie jakoś z innymi bohaterami były rok wcześniej kojarzone. Cóż, niezbadane są ścieżki ludzkich umysłów i niepamięci, a ja miałem okazję przekonać się, jak mocno na nasze zapisy w podręcznikach historii wpływa skleroza bohaterów pradawnych powieści.
Po prelce czas zrobić rozeznanie w terenie, żeby już więcej się nie gubić. Bo chociaż mapka była przejrzysta, chociaż konwent nie był rozrzucony po jakimś wielkim terenie (w końcu tylko 2 piętra w jednym budynku), chociaż topografia budynku nie była skomplikowana, to I sala prelekcyjna dała mi takiego łupnia w jej szukaniu, że wolałem więcej nie ryzykować. Czytaliście pratchettowskiego Morta? Rumak śmierci stojący na szczycie wieży nie był przez nikogo zauważany, bo było to zbyt absurdalne aby ludzki umysł mógł to pojąć – i tak samo lokalizacja pierwszej salki do prelek była dokładnie tam, gdzie nie wpadłbym, że w ogóle może być salka :)

Co wyszło z rekonensansu? Ano odnalazłem rpg-owców, nie odnalazłem cosplayowców, zawieruszyłem się w retrogralni. I pomyśleć, że Giana Sisters tak kiepsko wyglądała? Wtedy, gdy w nią grałem wydawała mi się bogatsza graficznie. Czy to efekt upiększania przez nas wspomnień z przeszłości? Czy może obraz generowany przez commodorka lepiej sprawdzał się na klasycznym, kineskopowym ekranie a współczesne lcd-ki nie bardzo sobie z nim radzą? Z pewnością obydwa te czynniki wpływają na odbiór, jednak wciąż uważam, że mimo gorszej (choć czasem i tu moje zdania są podzielone) grafiki, pradawne klasyki w stylu wspomnianej Giany czy Rick Dangerous o wiele wyprzedzają współczesne produkcje. A może to tylko większy młodzieńczy zapał do grania? Któż to może ocenić.
Współczesna wersja magnetofonu / stacji dyskietek do Amigi
Ze zmian w retrogralni, z pewnością dawało się zauważyć zwiększoną gęstość zapisu na „dyskietkach”/”taśmach” - bo nagle kilkaset gier znajduje się na małym prostokącie wielkości kilku centymetrów, a nie kilku cali. Z pewnością zewnętrzna pamięć flash emulująca stację dyskietek jest niesamowitą wygodą, z drugiej jednak strony zwłaszcza na konwencie wspominkowym dostępny powinien być zestaw magnetofonu ze śrubokręcikiem – chociażby tylko dla psychopatów spod znaku „Jestę hardkorę”. Na szczęście chociaż czytnik kart flash do commodorka uroczo pomrukiwał/popiskiwał niczym rasowa stacja dyskietek 5,25” SD/DD marki commodore.


Autobusem przez mroczne miasto

A tu czas szybko ucieka. A na autobus nie wypada się spóźnić – zwłaszcza na TAKI autobus. Specjalny autobus, ze specjalnymi biletami – i specjalną trasą poprzez meandry wrocławskich ulic i zakręty szedariadowej przeszłości. „Po prawej widzą państwo szkołę, w której odbyła się pierwsza szedariada, po lewej na wprost widzimy miejsce, w którym konwentowa bojówka postawiła silny odpór lokalnej mafii, z oczywistym udziałem strat w ludziach, zwłaszcza po stronie autochtonów”. Z pewnością taki przejazd potencjalnie miał moc sentymentalną – niestety, z braku nawet najprostszej szczekaczki i wielkości autobusu w niektórych miejscach nie słychać było ani opowiadań wspomnieniowych, ani opowiadań przewodnika. Tymczasem autobus sobie krążył wokół mego domu, miejsca, gdzie powstaje większość wpisów o Wrocławiu Fantastycznym, ba, w którymś momencie zajechaliśmy prawie pod dom Karen, wspaniałej cosplayerki... a wszystko po to, aby spóźnić się na pokaz specjalny wrocławskiej fontanny. No, nie popisał się Piotr Drzewiński, nie popisał, przewodnik turystyczny wycieczki: okazało się, że wynajęty bus nie może przejechać przez najpiękniejszy most Wrocławia, na stadion dojechaliśmy 15 minut przed włączeniem jego oświetlenia, na pokaz fontanny się spóźniliśmy, a większość trasy prowadziła przez nieoświetlone (czytaj: najmniej reprezentatywne nocą) ulice miasta. Myślę jednak (a wnioskuję także na podstawie opinii zwiedzających) nasze miasto zrobiło wrażenie na przyjezdnych, pokazując, że jest nie tylko fantastyczne, ale i piękne.

Szedariada - dzień drugi, czyli nagromadzenie atrakcji

Wnuku i jego prelekcja "w terenie"
Dzień drugi to ewidentnie dzień prelek. I pierwszej sali prelekcyjnej – tak, tej od konia niosącego Śmierć stojącego na szczycie wieży. Powiedziałbym, że jak tam wszedłem, to już nie wyszedłem – i prawie tak właśnie było. Tyle, że prowadzący świetną prezentację o średniowieczu Wnuku wpadł na jakże genialny pomysł, znany chyba każdemu jeszcze ze szkoły, by swoją „lekcję” zrobić na świeżym powietrzu. Niestety, na kolejną prelekcję ze względów technicznych musiałem się przenieść do jakże cywilizowanych pomieszczeń z rzutnikiem. Koniec końców rzutnik i tak nie zadziałał, prelkę można było równie dobrze w mniejszym gronie przeprowadzić z użyciem podręcznego netbooka, ale cóż... swoją drogą, mogłem sam wpaść na to, że na szedariadzie 20 lat temu nie było raczej komputerów, więc i ja nie powinienem z takich udogodnień korzystać :)
Spotkanie autorskie z Mają Lidią Kossakowską
Potem już były spotkania autorskie. Maja Kossakowska, Milena Wójtowicz – chociaż już nie pamiętam, o czym opowiadały, to pamiętam, że robiły to interesująco. Podobno niektórzy nie łączą talentu pisania i opowiadania – jednak z pewnością obydwie wspomniane pisarki są pod tym względem uniwersalne.
I gdy już wreszcie miałem zdradzić wspomnianą I salkę i udać się na prelkę o partyzantach RPG odbywającej się w innej salce – mój żołądek stanął w obronie wierności ideałom i wygonił mnie do pobliskiego grillbaru Galaktyka. I z pewnością nie wspominał bym o tym niegodnym uwagi incydencie, gdyby nie dyskusja z poprzedniego dnia na temat konwentowego cateringu. Że niby miało być tak pięknie, miało być tak cudnie... no, w przeciwieństwie do DF-ów obsługa wyrabiała się z tempem, jednak wolę gdy pierogi smakują jak pierogi. Zwłaszcza że w tym wypadku niezawodny leśnicki kebab-bar Dyktator raczej nie był pobliską opcją.

Korpo - przekleństwo czy dobrodziejstwo
w polskim zgniłym kapitaliźmie?

Tak to więc zamiast na partyzantów, trafiłem na prelekcję o złych korporacjach. Moim zdaniem, zły raczej był prelegent. Niby miało być nawiązanie do roku zajdlowskiego i jego twórczości: a w moich uszach wciąż obijały się słowa prelegenta „w swojej książce napisałem” (jakby ktoś miał wątpliwości, to oczywiście prelekcji nie prowadził sam Zajdel). Potem poziom poleciał niczym lawina z górki. Specjalista mówiący o korpo, który nigdy w takowym nie pracował, ale on przecież zna się najlepiej „bo on internety czytał”. No cóż, skoro miało być wspominkowo, to mi się przypomniała historia rodzinna, w której to wielce uczony ksiądz „wiedział jak wygląda życie w rodzinie bo on dużo książek w życiu czytał”. No cóż, niezbadane są wyroki boskie, i gdy niedużo później przyszło mu przyjść do naszego domu z kolędą, to na widok regałów z książkami uciekał niczym diabeł na widok wody święconej – a właściwie niczym diabeł na widok pękającej tamy assuańskiej zaraz po ogłoszeniu że całe jezioro Nassera wypełnione jest wodą święconą :) I choć w stosunku do swojego korpo wiele zarzutów bym miał, to wciąż będę się upierał że przy obecnej kulturze pracy w Polsce, to praktycznie wszystkie zachodnie korporacje nie-handlowe raczej podwyższają standard pracy w Polsce niż go obniżają. Ale ciężko to wytłumaczyć osobie, dla której praca to raczej nisko płatna ale bezpieczna praca nauczyciela i kto nigdy nie zaznał wycisku polskiego prywaciarza...
Chyba bunt przeciw jedynej słusznej idei dał mi siłę aby wreszcie trafić do innej salki. I myślę, że warto było posłuchać zarówno o historii, jak i przyszłości biblioteki Szedar. Ta na szczęście rysuje się kolorowiej, bo do pomocy doświadczeniu bibliotekarza, pana Henryka, powoli dołącza młodzieńcza energia nowej bibliotekarki, Pauliny, która z pewnością tchnie w bibliotekę nowego ducha. Byleby przy okazji pani chorąży nie wprowadziła tam też wojskowego dryla :)
A potem było już kolorowo, choć to właściwie inna impreza. Co prawda chciałem jeszcze odwiedzić blok o apokalipsie i w ten sposób przygotować się na ten moment, kiedy nad światem pęka tęcza a cały świat pokrywa koloro-aktywny opad. Ale jakoś tak zeszło „na korytarzach” (zwłaszcza, że wstydem byłoby nie skorzystać ze starego, zdezelowanego powielacza – zwłaszcza, gdy udało się odnaleźć kolejne fantastyczne opowiadanie o Wrocławiu. Teraz tylko czekać, kiedy spłonie willa na ul. Międzygórskiej – bo inaczej zdjęcia nie będą pasować do treści...

Wieczorku indyjskiego ciąg dalszy

A po burzy kolorów przyszło wrócić na konwent. Bo jakże to, skoro cosplayowców nie było, to jeszcze tribala odpuścić? Chociaż mój aparat swoje się już napatrzył, czasem swoim życiem ryzykując, to takiej atrakcji nie mógł sobie odpuścić – i ze swojej torby tak intensywnie za powrotem do szkoły nawoływał, że choćbym nie chciał, to nie potrafiłbym mu odmówić. A że ja też chciałem na kolorowy pokaz wrócić – więc po namiastce indyjskiego święta Holi miałem odmianę tańca indyjskiego. Tak, „wieczór indyjski” to zdecydowanie była największa atrakcja tamtego, urodzinowego dla mnie, weekendu...

Odgadywanie przeszłości zaostrza apetyt

Tymczasem gdy ja zachwycałem się nad wspaniałościami indyjskiego świata, niepostrzeżenie słońce skończyło swój obrót wokół nieboskłonu i zaczęło następny. Niekoniecznie dospani konwentowicze powoli zbierali się na grillbarowej ławeczce. Aleja dawnych sław powoli uzupełniała się także o tych, którym na starość na pełny konwent sił zbrakło, a jednak starych znajomych chcieli odwiedzić. A ci, którzy już drugi dzień męczyli swe umysły przypominaniem sobie starych historii – teraz rzucili swym mózgom kolejne wyzwania. Kim był ten człowiek, który dopiero co przyszedł? Jak wyglądał 20 lat temu? Coś tam w głowie świta – i nagle olśnienie: Czy to nie (tu wpisz imię dowolnego gracza, którego nie widziałeś od 20 lat)? Jedne zagadki były prostsze, nad innymi przyszło spędzić kilka minut – jednak w końcu udało się odświeżyć wszystkie stare twarze w pamięci. No i zaktualizować swoją „kartotekę” o wygląd współczesny dawnych współgraczy. 
Tymczasem z fantastycznej kuchni zaczął dobiegać jakże ponętny zapach. To Maja Lidia Kossakowska, jako największa (a w zasadzie chyba jedyna?) specjalistka od Grillbaru Galaktyka urzeczywistniała swoje wizje. I podobnie jak w książce, za kontuarem stanął wielki kucharz – Jarek Grzędowicz. I niech was nie zmyli jego sweetaśny fartuszek kuchenny z kotkami. Zaraz zaczęło się opowiadanie o kucharskim pogromie wśród tłumoczków. Bierzesz ich całe wiadro – i odrzucasz wszystkie, które nie przeżyły katuszy transportu. Potem poddajesz je skrajnym torturom – i znów selekcjonujesz te, które nie przeżyły. Obróbka mechaniczna – i wyrzucamy osobniki zbyt słabe, żeby to przeżyć. Potem próby nawracania patelnią i ogniem – i znów spora ich część odpada. Nawet co sprytniejsze osobniki próbujące oszukiwać, same już nie wiedzą co mają robić – ogłupiałe nie orientują się kiedy mają się otwierać, kiedy zamykać. A zafascynowany całym tym kulinarnym kunsztem obserwator, powoli zaczyna przestrzegać stojącego przed nim Pana Lodowego Ogrodu niczym sympatycznego, jowialnego kucharza z najlepszej restauracji w galaktyce – i tylko przypadkowy przechodzień potrafi dostrzec prawdziwe zagrożenie ostrzące sobie noże do zadania ostatniego ciosu.

I choć przed finałem nauk o znęcaniu się nad galaktycznymi tłumoczkami musiałem opuścić salę tortur zwaną kuchnią, to z pewnością jedną rzecz będę po wsze czasy: celem wydobycia zeznań ofiarę możemy nęcić, wędzić, opiekać, przypalać, itp. to jednego z nią zrobić nie możemy: GOTOWAĆ. Bo wtedy całe nasze starania idą na zmarnowanie...



*********************************************************************************

Podsumowując: z pewnością konwent wspominkowy nie jest typowym konwentem. I ciężko mi, konwentowiczowi od lat 2-ch, doceniać to, co osiągnęli starzy wyjadacze. Z pewnością pozwoliło mi choć trochę poczuć atmosferę konwentów sprzed 20 lat – jednak z drugiej strony, być może taki konwent powinien jednak pozostać wydarzeniem zamkniętym dla starej grupy wyjadaczy? Z pewnością brak zgrania objawił się w częściach przygotowywanych przeze mnie – a to się okazało, że sprzęt jest, ale nie do końca, a to coś co mgliście mi zostało przedstawione jako panel dyskusyjny nagle okazuje się prelką, którą muszę pilnie przygotować... mimo to, ostateczny bilans zysków i strat muszę zamknąć pozytywnie. Zwłaszcza w kwestii wiekowej. Po Polconie czułem się starcem, po słowach że skoro ktoś po 30-tce bawi się w fantastykę, pozostanie jej wierny po wsze czasy. Po reedycji szedariady raczej poczułem się jednak młodo: bo w grupie tych, co ciągle opowiadali „a w starych czasach to żeśmy takie rzeczy robili” ja wciąż czułem się jak ten, który dopiero za 20 lat będzie mógł mówić o tym, co się działo w starych czasach. I z pewnością wtedy będę potrzebował takiego konwentu jak Szedariada – wiele, wiele lat później.

piątek, 30 sierpnia 2013

Ludzie zamrożeni w metalu

Złoty Pan w Kapeluszu przed siedzibą jubilera
Człowiek z żelaza, człowiek z marmuru – to epickie filmy epoki komunizmu, mające podkreślić kult siły i pracy wśród proletariatu. Raczej jednak to nie one stały się inspiracją dla grupy wrocławskich buskerów, którzy ze wszystkich możliwych odmian tego stylu życia wybrali profesję „stacza”. Niczym zamrożone metalowe odlewy stoją lub siedzą w jednej pozie tak długo, aż ktoś wrzuci im do kapelusza brzęczącą monetę – a wtedy nagle ożywają niczym kukła pociągnięta za sznurki przez lalkarza, wykonują kilka gestów w podzięce, a potem z powrotem zamarzają w swej pozie. Niczym stary, porzucony robot czekający na rozkazy od człowieka w świecie, w którym dawno już wymarli wszyscy żyjący...
Niejedno miasto zyskuje na grze artystów ulicy. Uliczki pełne są nut odbijających się od każdego zaułka, od każdej ściany aby wreszcie dorwać zwykłego szarego przechodnia i wygilgać jego umysł, rozbawić, ubawić . I tyczy się to nie tylko uliczek – sam pamiętam, jak w podziemiach moskiewskiego metra wszechotaczał mnie dźwięk puzonu jakiegoś buskera, próbujący mnie osaczyć niczym nagrana muzyka patefonu doprowadzająca do szału Gustawa Kramera w filmie Wabank II. Przeżycie tak głębokie, że aż surrealizm do kwadratu...

Zamrożona w srebrze para młoda

Obrośnięty miedzią krasnal Pietrek
Niestety, rynek wrocławski to głównie wspomniani smętni stacze, którzy przez większość czasu niewzruszenie siedzą zanurzeni w swych znużonych rozważaniach. Bierne oczekiwanie na monetę przechodnia który łaskawie zlituje się nad nędznym życiem buskera, a nie próba rozśmieszenia czy rozbawienia widza, który dużo chętniej odwdzięczy się za wesoły spektakl. Niczym Han Solo zamrożony w bryle karbonitu... 

I tylko raz w roku wrocławski rynek staje się gwarny niczym duże europejskie miasto, tylko raz w roku masowo zjeżdżają tu buskerzy całej Europy aby wspólnie obchodzić jakże radosne święto artystów ulicy zwane Buskerbusem. I właśnie na nie chciałbym zaprosić dziś wszystkich zaglądających na bloga – bo już za kilka dni znów na wrocławskim rynku spotkać będzie można tylko metalowych staczy, a odgłos cygańskiej trąbki znów będzie rzadkością... 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dzień, kiedy stłukła się tęcza

Festiwal Kolorów Wrocław 2013
Nad Mostem Szczytnickim rozpostarła się tęcza. Z pewnością byłoby to świetne zdanie na rozpoczęcie jakiejś fajnej bajki dla dzieci. Ba, gdyby nawet rozpisać się o promieniu zachodzącego słońca rozbijającym się na kroplach wody na setki kolorowych plamek – to może nawet dałoby się z tego jakiś romantyczną balladę dla dorosłych stworzyć...
...gdyby nie jedna głodna żyrafa z pobliskiego zoo. Bo przecież chciała tylko po świeży, zielony listek sięgnąć, znudzona codziennie tą samą, suszoną paszą... no i sięgnęła, przy okazji zahaczając głową o tęczę.

Festiwal Kolorów Wrocław 2013
Festiwal Kolorów Wrocław 2013     


Festiwal Kolorów Wrocław 2013
Nieuważny obserwator dopiero po chwili mógł coś zauważyć. Najpierw na "ciele" tęczy powoli wykwitały tworzące sieć „rzek” bardziej intensywne plamy, przypominające żyły na skórze człowieka. Potem jednak „żyły” te powoli zaczęły się rozszerzać, aby z czasem zająć cały obszar tęczy – a wtedy tęcza pękła z krystalicznym dźwiękiem delikatnie tłuczonego szkła. Zamknięte do tej pory kolorowe pyłki nagle rozprysnęły się we wszystkie kierunki, zasypując ziemię pod sobą kolorowym deszczem.

Festiwal kolorów Wrocław 2013

Bitwa na kolory
Powietrzu nie mogła pozostać dłużna ziemia, która nagle wpompowała mnóstwo, mnóstwo wody i energii życiowej w rosnące na niej kwiaty i drzewa, które z kolei też zaraz wybuchły wszystkimi kolorami tęczy. I obyło by się bez jakichś większych konsekwencji tego przypadkowego ruchu żyrafy, gdyby nie Ludzie.

Tak, zwykli, szarzy Ludzie, jakich na co dzień mijamy nawet ich nie zauważając. Kolorowy pył zaczął osiadać na ich ubraniach, a tam, gdzie ich ciało nie było niczym osłonięte, powoli zaczął przenikać tkankę skóry, a następnie rozpuszczać się w płynącej w ich żyłach krwi. A ta z kolei rozniosła kolorowo-aktywne cząstki do ich mózgów, wypełniające je doszczętnie Kolorową Radością.

Festiwal Kolorów Wrocław 2013

Festiwal Kolorów Wrocław 2013


Festiwal Kolorów Wrocław 2013
Wydawałoby się, że władze są na takie sytuacje przygotowane. Podobnie jak w przypadku Efektu w Pieczyskach, zgodnie z przygotowaną wcześniej instrukcją na miejscu momentalnie zjawili się jej przedstawiciele, szybko odwracając uwagę znajdujących się na plaży ludzi. Najpierw zaczęli rozdawać równie kolorowe, choć już nie koloro-aktywne proszki, zasłaniając się pretekstem namiastki indyjskiego święta Holi. Gdy tylko koloro-aktywny pył opadł na ziemię, podciągnęli na pobliskie wzgórze rurę z wodą i prysznicem, aby każdy mógł z siebie zmyć ten proszek, który zaraża Radością. Baaa, nawet przywieźli specjalne, dwukomorowe kapsułki Persila, żeby cały ten koloro-aktywny pył zmyć.

Festiwal Kolorów Wrocław 2013

Festiwal Kolorów Wrocław 2013
A jednak Ludzie nie dali się oszukać. Pozytywne wibracje, które wyparły z umysłów i serc obsypanych żyjącą tam wcześniej szarość, spodobały się chyba wszystkiem. Każdemu zatęczowionemu spodobał się ten niecodzienny stan Radości, który tak usilnie próbowano z niego wymyć, niczym chorobę jakąś zaraźliwą. Wielu jeszcze do wieczora pozostawało w tym kolorowym stanie, upajając się wynikającą z niego wesołością. I choć prędzej czy później  z każdego rozwiał się kolorowy pył, to jednak w ich umysłach już na zawsze pozostanie zakazane wspomnienie dnia, w którym rozbiła się tęcza. 

Festiwal Kolorów Wrocław 2013


Festiwal Kolorów Wrocław 2013
Więc jeśli kiedyś jadąc autobusem zobaczysz kogoś, kto ukradkowo chowa głowę, potem ją usilnie przeciera jakby chciał usilnie coś zetrzeć ze skóry, gdy na jego policzkach wciąż pozostaną niedoczyszczone kolorowe plamy – to pocieszająco poklep go po ramieniu, powiedz, że też znasz ten stan. A potem kup bilet do zoo, aby w naszym mieście było jak najwięcej żyraf – bo to chyba jedyne zwierzęta, które są w stanie dosięgnąć tęczy i ją rozbić choćby głową...

Festiwal Kolorów Wrocław 2013

piątek, 16 sierpnia 2013

Nadodrzański smokokrasnal

Miało być o cosplay-walku, który odbył się tydzień temu. Niestety, z relacji zaufanej reporterki-cosplayerki okazało się, że naprawdę nie było o czym pisać. A że od dwóch tygodni żadnego wpisu na blogu nie było, to o szybką pomoc trzeba było poprosić wrocławskie krasnale.
Na szczęście te nie zawiodły, i w przeddzień moich urodzin postanowiły sobie zamieszkać prawie że pod moim blokiem. No, dokładniej jeden z nich, młodzieniaszek zwany Rozkwietnikiem. Spytacie, czemu nazywam go smoko-krasnalem? No spójrzcie sami – mordka jakaś taka gadzia, błona na trójpalczastej dłoni – no zwykłym krasnalem go ciężko nazwać. No i jak na przedstawiciela rodu smoków wrocławskich, tak i on bez akcentów wodnych się obyć nie mógł. A że to jednak mieszaniec z krasnalem, to tym akcentem wodnym od utonięcia się odizolować musiał, i za atrybut odrzański sobie wybrał łódkę. Więc nawet jak z Nadodrza pójdzie się w naszej rzece ochłodzić, to wciąż nad Odrą będzie.

Trzeba przyznać, że buńczuczny ten nasz Rozkwietnik, irokeza na głowie postawił – niby, że symbol młodzieńczej energii i radości, bo go sobie dzieci tak umyśliły. No cóż, jak na razie Nadodrze ze swoimi artystycznymi kramikami zrobiło na nim takie wrażenie, że aż mu mowę odjęło. Zobaczymy, może jeszcze kiedyś opowie co sądzi o dzielnicy, w której odgrywa się akcja niejednego opowiadania czy powieści fantastycznej. 

niedziela, 4 sierpnia 2013

Błogosławionemu Czesławowi - na jego 50-tą (300-tną) rocznicę

Błogosławiony Czesław Odrowąż, od 50 lat patron Wrocławia. Ten jakże powszechnie znany fakt, nagle okazał się wielkim problemem, gdy zacząłem szukać dokładnej daty. Bo choć rok 1963 przestępny nie był, to jednak te swoje 365 dni miał. Więc kiedy napisać o naszym patronie od kul ognistych? 
Okazuje się, że informację tą nie tak łatwo znaleźć w internecie. Może pomocą by służyła jakaś porządna książka o historii miasta stu mostów, jednak internet konsekwentnie podaje tylko rok. 

Bo to w sumie wygodne. Po co organizować jakieś rocznice w środku wakacji, gdy znaczna część mieszczuchów i tak się gdzieś urlopuje, z reszty całkiem spora grupka spalona niemiłosiernymi upałami woli byczyć się nad jakimś pobliskim jeziorkiem czy zalewem... zdecydowanie lepiej sobie wybrać jakiś przyjemny czerwcowy wieczór, a durne pospólstwo niech się cieszy.
Ja tam wolę być bliższy właściwej dacie (choć lekka obsuwa mi się niestety wkradła), dlatego o przedstawieniu z błogosławionym Czesławem piszę dopiero dziś. Jakoś nie trafia do mnie argumentacja „bo przed wakacjami więcej wiernych będzie”, a dodatkowe półtora miesiąca z pewnością pozwoliłoby na usunięcie wielu fuszerek.

Ale zaczynając od początku. 19 czerwca postanowiłem się wybrać na przedstawienie mówiące o historii patrona naszego miasta. No, kulami ognistymi rzucał, więc z fantastyką to on na pieńku raczej nie miał. Jednak podobnie jak z datą ogłoszenia go patronem miasta, tak i z informacją o upamiętnieniu tej daty też zbyt prosto nie było. Niby wszystkie gazety o tym pisały, niby radio się rozpisywało, niby swoją własną stronę miał błogosławiony... co do czego, nikt nigdzie wolał nie napisać ani kiedy, ani gdzie. „Po mszy” (a kto wie, czy tak ważna msza nie zostanie specjalnie wydłużona do Bóg wie ilu godzin, aby podkreślić dostojność i wagę tego wydarzenia), „w kościele” (co jest dosyć szerokim pojęciem)... słowem, z jednej strony przez przypadek trafiłem na jakąś próbę chórku kościelnego, z drugiej – żeby nie zaczynała się ona dobrą chwilę przed samą inscenizacją, to nawet bym nie domyślił się, że jestem w niewłaściwym miejscu. 
Na szczęście jakoś dotarłem na właściwe miejsce o właściwej porze, przy okazji zwiedziłem jedyną niezniszczoną w trakcie oblężenia Festung Breslau kaplicę w kompleksie św. Wojciecha... przy okazji załapałem się na wystawę prac dziecięcych przedstawiających błogosławionego od kul ognistych.


W zasadzie, to nie miało być przedstawienie teatralne, a spektakl wzorowany na średniowiecznych misteriach. Zapowiada się ciekawie? Zacznijmy od tego, że nie widziałem spektaklu, a jedynie jego transmisję. Tak, tak, bo organizatorzy postanowili z jednej strony urozmaicić spektakl umieszczając go w kryptach kościoła, z drugiej strony odebrali widzom możliwość obejrzenia czegoś na własne oczy. To był pierwszy minus, który pogłębiały duże fuszerki techniczne. Po pierwsze, jakość obrazu rodem ze starej kasety VHS, i to takiej najgorszego możliwego sortu. Po drugie, zbyt mały ekran przez który dół obrazu gdzieś magicznie znikał. Początkowo zastanawiałem się, kto uczył operatora kamery tak beznadziejnego kadrowania, momentami wręcz odpychającego... potem zrozumiałem, że to nie on jest winien.

Słowem, kiepska retransmisja na żywo. A skoro już ktoś zdecydował się na odcięcie aktorów tego przedstawienia od współczesnej rzeczywistości – to co robiły tam ubrane w jeansy i współczesne ubrania pociotki nie wiadomo kogo? Czy oni też, podobnie jak reszta widzów, nie mogli sobie siedzieć w głównej nawie kościoła i stąd obserwować poczynania młodzieży? Pewnie przed Bogiem nie ma równych i równiejszych, jak widać w kościele niestety tacy są, no i musieli skorzystać z „należnych im praw”.
W świetle tych wad to, że „spektakl wzorowany na średniowiecznych misteriach” okazał się odczytaniem kronikarskiej prozy stanowi już jedynie drobiazg. Niestety, nie mogę ocenić pozytywnie działań dorosłych, którzy naprawdę starali się jak mogli, aby doznania z przeżytego spektaklu były zbyt wysokie, a już nie daj Boże misterne... misterne doznania, to cię czekają w raju, jak zasłużysz, a na razie śmiertelniku przypomnimy ci, żebyś nie oczekiwał zbyt wiele...

Na szczęście zupełnie inne było podejście młodzieży odgrywającej poszczególne role spektaklu. Powiem więcej: gdyby nie oni, nie wytrzymałbym nawet na tyle długo, żeby zrobić kilka zdjęć ekranu na tle gotyckich witraży. To oni sprawili, że choć z poczuciem oszukania, zostałem do końca. To oni sprawili, że nudny, kronikarski tekst nagle stał się żywym słowem, emocjami, przeżyciami człowieka. Ot, nie, nie było idealnie – raz nawet zdarzyło się komuś zapomnieć tekstu w połowie swojej kwestii – ale mimo to, otaczający go rówieśnicy zachowali się w sposób godny mnisich przebrań. 

Cóż więcej powiedzieć? A najlepiej już nic – bo skoro samo wydarzenie już zostało żeby „wszystkim pasowało przyjść”, to czyjeś nieprzyjście można traktować jako brak zainteresowania. Poza tym, resztę niedoróbek lepiej przemilczeć, a tego co się udało nie oddadzą słowa. Błogosławionemu Czesławowi życzę jednak na przyszłość rocznic równie spektakularnych jak jego obrona Wrocławia, a nie nudnych jak sesja rady miejskiej ku jego uczczeniu...