wtorek, 3 marca 2015

Bitwa Pięciu Armii... bez hobbitów?


Nie wiem, co te potwory mają do lutego, ale jak zawsze na Nowy Rok Miasto Spotkań wybuchło plotką o zbliżających się do Wrocławia wrogich hordach. Czy to brak śniegu nie pozwalał im przespać w spokoju zimy, czy to głód wynikający z braku pożywienia w okresie zimowym, czy wreszcie Wrocław w lutym dostaje jakiejś magicznej mocy przyciągającej wszelkie tałatajstwo – trudno powiedzieć, wiadomo jednak, że w pierwszych tygodniach lutego miasto nasze nawiedzają watahy paskudnych stworów przybywających z północy i pozbawione ochrony miasto z pewnością znów powróciłoby do stanu zniszczenia przypominającego Festung Breslau tuż po opuszczeniu go przez Niemców. Dlatego jak co roku, mimo wszelkich uzasadnionych nienawiści rasowych do Długouchych, trzeba było stanąć u ich boku w obronie miasta. Dobrze chociaż, że potwory są na tyle miłe, że ZAWSZE atakują w sobotę i nie trzeba się chociaż urywać z pracy żeby stawić im opór.


Ot, taka sytuacja... w samo białko...
No i wszystko byłoby ładnie i pięknie gdyby nie te walenie do drzwi. Mimo iż to jeszcze zima, słonko pojedynczymi promieniami przedzierało się przez minimalnie tylko otwarte powieki. Zapowiadałby się piękny dzień pełen jatki i wrogiej krwi gdyby nie te durne „dzięcioły” pukające do moich drzwi. Wysokie to to jak brzoza, a głupie jak koza – nie mogliby się wreszcie nauczyć używać zegarka, chociażby słonecznego? „Nie budzić zanim słońce nie wzniesie się powyżej budynku Hali Stulecia” na ten przykład to przekracza ich normy rozumowania. A już przyjść po budziku... uuups, szybki rzut oka na budzik dosyć szybko i dobitnie zmienił mój wgląd na całą sytuację. Powiedzmy, że budzik wyglądał tak, jakby jakiś czas temu trochę zbyt dobitnie próbował wytłumaczyć mi że pora wstawania to już-już a może nawet minęła – dosyć wyraźnie widać w nim było odcisk opancerzonej pięści. 
W sumie, radio też nie wyglądało lepiej, a zazwyczaj włączało się kilka minut po budziku... no to co tu się dziwić wkurzonym kłapouchym (no, w zasadzie długouchym, ale z charakteru są podobni do osłów, to i uszy by mogli mieć adekwatne do inteligencji). Wciąż rozespanym krokiem doczłapałem się do drzwi, uchyliłem je lekko żeby powiedzieć że jeszcze tylko zjem śniadanko i będę gotowy uderzyć na orczą armię... Stanowczy uścisk uzbrojonych dłoni dał dosyć wyraźnie do zrozumienia, że coś poszło nie tak. Nie, zdecydowanie nie tak miało to wyglądać, wszystko było tak pięknie zaplanowane i teraz miałoby tak łatwo się spaprać? O, niedoczekanie wasze wy wychudzone pięknisie, zaraz jeden z drugim niosący mnie pod pachy dostali fangę w co tam się napatoczyło – i zaskoczeni upuścili mnie na ziemię. No bo któż by w pojedynkę zadzierał z armią zbrojnych elfów? Musiałoby być na rzeczy coś niepomiernie ważnego... szybko zawróciłem się do łóżka żeby wyciągnąć przygotowaną zawczasu siekierkę po czym z rozbrajającą miną stanąłem z nią naprzeciwko nich oświadczając, że teraz już możemy iść. Przez chwilę zastanawiali się o co chodzi, jednak ich obawy rozwiały moje słowa: no przecież nie pójdę na to orcze ścierwo z byle sznurkiem na kiju, jak się bawić, to chociaż jakąś porządną bronią.

Trzeba przyznać, że atmosfera w samochodzie była grobowa, jednak mimo kilku kuksańców które z radością odwzajemniłem jakoś udało się dojechać na miejsce bezbijatyki. A tu na szczęście pominęło mnie to, co według nich najważniejsze a ja osobiście uważam za nudę niemożebną – przemowę mającą zachęcić tyczkowatych do walki na szczęście mieli już za sobą, a z naprzeciwka leciała już orcza banda...



Gdy już tylko pozostaje patrzeć gdzie trafi strzała...
No to pora się zabawić. Toporek wyciągnięty, rozbieg, rzut toporem do celu, dobiec do dogorywającego ciała i w biegu wyrwać z niego broń (jakże pięknie rozpryskuje się krew gdy gwałtownie wyciągasz z rannego ciała swój topór) i lecimy dalej powtarzając całą tą sekwencję aż do ostatniego trolla. Niczym wielka machina śmierci, niczym rozpędzony kołowrót śmierci, niczym jeżozwierz złożony z toporów a nie igieł pędziłem przez zgniłozieloną chmurę wroga gdy nagle coś mnie ugryzło w nogę... no ki czort, noż niemożliwe żeby który orczy pomiot miał siłę jeszcze odgryzać po tym jak go zdzieliłem swoim toporkiem? Kątem oka zauważyłem jakieś włochate śmierdzące stworzenie na swej nodze, i drugie, trzecie... no żeżby, czyżby idąc z północy orki zabrały spod Poznania te szczury co zeżarły Popiela? Królem to ci ja nie jestem, żreć mnie nie powinny, jednak i im widać zima dała się we znaki i próbowały się posilić czym tylko popadnie.
Prawie mu się udało, temu orkowi...

I wiecie co? Mądrze gadają Wolni Ciut-Ludzie ze Świata Dysku... tym gorszy przeciwnik, im mniejszy – bo trudniej go trafić. Ubić orka siekierą – bułka z masłem, a i mnóstwo krwi w gratisie. Ubić trolla siekierą – to jak ubić orka tylko jeszcze trzeba trochę siły w to włożyć, ale w celowanie mniej wysiłku wkładasz. Ubić szczura siekierą – no nie da się. Utrafić ostrzem nie sposób, walnąć obuchem to się odbije, kopnąć – poleci kawałek i wkurzony zaraz przypędzi z powrotem. No i włazi ci takie bydlę po nogach i żre – no on celować nie musi żeby utrafić, za to ty jego i z celowaniem nie siekniesz. Przydeptać butem też nic nie daje, bo się rozmiękła ziemia trochę pod nim rozejdzie a gdy buta zabierzesz to dalej na ciebie wbiega. Walnąć je pięścią – rozgnieciesz, ale i po trzech takich ciosach ciężką okutą rękawicą we własną nogę to i ciężko od siniaków się ruszać. I jak z takim walczyć? I wiadomo jaką zarazę to ze sobą roznosi? Toż bym wam napisał co to tałatajstwo narobiło we Wrocławiu w 1963, ale nie będę przecież wyprzedzał Roberta Szmidta...




Temu ukrycie się w cieniu też nie pomogło
Kilka strzał które ledwo musnęły me nogi i zrozumiałem po co komu elfy na polu walki – no w kwestiach głównych sił wroga to za dużo nie podziałają, ale od drobnicy bronią cię równie dobrze jak off przed komarami. Szkoda tylko, że tak łatwo giną – ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zawsze można z którego ściągnąć jego wymuskaną zbroję. Z jednej strony co prawda jeden nagolennik sięga mi od pięty do brzucha skutecznie blokując nogi w kolanie, z drugiej jednak ten ich podły mosiądz to tak lichy materiał, że dobrze puknąć i się rozlatuje – słowem, łatwo skrócić je do odpowiedniego rozmiaru i zakładać na skórzaną zbroję można. No, musiałaby być jakie szczury mutanty żeby się przez to zębami przebić, ale kto wie co to za barachło autobahnem nach Poznań do Wrocławia dotarło? Tylko pozostaje mieć nadzieję, że mi jaki fotopstryk zdjęcia nie trzasnął i gdzie nie opublikuje, bo to wstyd byłby na kopalni jakby mnie w takiej badziewnej improwizowanej puszce zamiast zbroi zobaczyli. I pewnie by się nabijali, że za konserwę mięsną z krasnoluda na wojnie robiłem... ech, niedoczekanie wasze, orki wybite pora zrobić krucjatę wśród reporterów, bo to równie wredne potwory. Tymczasem po raz kolejny udało się uchronić Wrocław Fantastyczny od zagłady...


No, a teraz pora odrzucić cugle fantazji na bok i dać się ponieść rzeczywistości. W tym roku po raz kolejny Centrum Łucznictwa Tradycyjnego zorganizowało turniej łuczniczy „Osobliwości łowieckie zimą”. Tak jak w poprzednich latach tereny lasu osobowickiego opanowały makiety łucznicze o kształtach Obcego, Predatora czy watahy zombie, tak w tym roku utrzymana była koncepcja tolkienowskiej Bitwy Pięciu Armii. Tak więc przeciw trollim czy orczym makietom wystąpili elfi łucznicy próbujący z pełnym zapałem je zabić, w czym uporczywie przeszkadzały im gałęzie entów próbujące złapać strzały, rzeźba terenu, grawitacja i zmęczenie. I chociaż w ciała papierowo-piankowych najeźdźców wystrzelonych zostało łącznie tysiące strzał, trudno mówić o tym, że któraś ze stron przegrała tą wojnę: ilości wojowników po każdej ze stron pozostały nieuszczuplone. Mimo to niekwestionowanymi zwycięzcami okazali się łucznicy, którzy mimo braku trofeów w postaci orczych kłów zyskali mnóstwo dobrej zabawy i humoru. I chociaż do wojny nie dołączyli hobbiccy procarze, to po raz kolejny udało się uchronić zarówno wrocławskie Śródmieście, jak i tolkienowskie Śródziemie przed rozprzestrzenieniem się orczej zarazy. Niestety, napromieniowane szczury rozpierzchły się po Wrocławiu roznosząc epidemię. I chociaż nawet najlepszym elfim tropicielom nie udało się znaleźć najmniejszych śladów ich bytności w mieście, to w prasie powoli pojawiają się pierwsze wzmianki o powrocie chorób dawno zapomnianych. Czy już wkrótce powstanie księga z listą zabitych przez roznoszącą się w powietrzu zarazę?

Pora na odpoczynek