wtorek, 25 marca 2014

Nomen Omen, czyli książka pełna przygód

(zapowiedź spotkania autorskiego z Martą Kisiel na końcu recenzji)

Okładka książki Marty Kisiel - Nomen Omen
Okładka książki,
źródło: materiały wydawnictwa Uroboros
„Nomen Omen” Marty Kisiel to kolejna książka, która „kupiła” mnie okładką. Chociaż pozornie wykorzystano tu wręcz sztampowy motyw „czerwone (rude) na szarym tle” (i mam nadzieję, że autorce okładki jakaś durna londyńska firma od herbaty nie będzie grozić sądem za łamanie rzekomych praw autorskich) to jednak w tych szarościach ukryte jest drugie dno przekazu. Stary, porzucony mroczny dworek z zapewne nieprzypadkowo umieszczonymi oknami oświetlonymi od środka za każdym razem kojarzy mi się z czaszką, na szczycie której z okna wyziera mroczna wiedźma z nienaturalnie groźnie powiewającymi na wietrze płomiennymi włosami. Jeszcze tylko recka zaczynająca się słowami: „Współczesny Wrocław, z krótką wycieczką do czasów niemieckiego Breslau...”. Dalej nie trzeba było czytać żeby stwierdzić: tą książkę muszę mieć.

Co się może stać z książką?

W zasadzie sam zakup nie zapowiadał żadnych problemów, jednak podobnie jak przy zakupie „Bogowie muszą być szaleni” Anety Jadowskiej, tak i tu przy zakupie musiał się wdać jakiś element nie z tego świata. Ot, zwykła płatność kartą, pakuję książkę do plecaka, nie biorąc żadnych śmieci w stylu torebka czy paragon, standardowe słowa zza lady: Pan weźmie paragon – nie, nie zbieram śmieci... chwila ciszy, po czym w głosie zauważam subtelną zmianę głosu, gdy sprzedająca dopowiada: na wypadek gdyby coś się działo z książką.
Salomea Przygoda, bohaterka Dobrego Omenu Marty Kisiel
Salomea Przygoda, główna bohaterka książki,
Źródło: materiały wydawnictwa Uroboros
Zawiało grozą, zwłaszcza, że po przeczytaniu zapowiedzi sam nie wiedziałem, czy kroi się powieść dla szalejących hormonami nastolatek czy jednak może mroczny, pełen niedopowiedzeń horror umieszczony gdzieś w klimatach wiktoriańskich. Nie takie jednak straszne grimoiry chowają się w głębiach redakcji, gdzieś na regałach ciągle przepycha się ze sobą z 5 apokalips, w tym część nawet nuklearnych, a mury budynku wciąż stoją nienaruszone, więc czy magiczna aura domu nie poradzi sobie z jakąś indywidualną powiastką?

Horror, czyli zabieramy książkę
na ul. Lipową

No cóż, sam nie spodziewałem się jakie to straszne siły sprawcze sprowadzam do domu, ten jednak jakoś potrafił sobie poradzić z ich okiełznaniem. Dopóki książka czytana była w domu, to okazywała się naprawdę dobrą komedią, utrzymaną zgodnie z zapowiedzią na poziomie równym Pratchettowi. Chociaż przy mojej skrupulatności muszę tu zauważyć znaczącą różnicę. Bo choć poziom humoru i lekkość tekstu z pewnością dorównuje chociażby Pratchettowskiemu Mortowi, to jednak jego istota jest zupełnie inna. Mistrzostwo Pratchetta polegało na umiejętności odkrycia prawdziwego świata, takim jakim widzi je nasze oko, zanim mózg narzuci na to pewne kulturowe schematy i stereotypy. To, co robi Marta Kisiel, jest dokładnym odwróceniem tej konwencji: każde zdarzenie czy postać obudowuje w swojej narracji tysiącem kulturowych skojarzeń, zrozumiałych z pewnością każdemu, jednak takich, że nikt nigdy nie wpadłby na takie ich połączenie. Dodajmy, że oczywiście nawiązań doskonałych. I jeśli Ćwiek mi mówi, że w jego utworach znajduje się mnóstwo nawiązań – to powinien wziąć się za czytanie Łurzowego Kłulika, jakim to pseudonimem czasem przedstawia się autorka.
Książka Marty Kisiel Nomen Omen na tle kamienicy Lipowa 5
Książka Marty Kisiel na tle kamienicy na ul. Lipowej 5,
źródło: blog Lara Notsil
No, więc tak było w domu. Żeby jednak nie marnować czasu, postanowiłem zabrać książkę ze sobą na spacer, jadąc na jakieś mocno skomplikowane badania medyczne na drugim końcu Wrocławia. Książka, nie trzymana już siłą ochronnych zaklęć mego domu i znajdujących się w nim milionów amuletów (nie, żebym wierzył w ich działanie – ale bez nich te wszystkie nuklearne apokalipsy jakoś dziwnie szybko się nagrzewają) nagle postanowiła pokazać swoją groźną naturę. Z lekkiej i wesołej komedyjki nagle zaczął wyzierać mroczny horror. Im bardziej zbliżałem się do ul. Lipowej 5 (o dziwo, jedyny punkt we Wrocławiu w którym mogłem zrobić te badania znajduje się zaledwie 1,5km od miejsca zamieszkania babć-ksero; dodajmy, że do zrobienia tych badań zbierałem się jakieś 1,5 roku, i zebrałem się akurat w połowie czytania książki Nomen Omen) tym straszniejsza była historia. Chyba nie muszę dodawać, że najczarniejszy moment scenariusza rozegrał się gdzieś w okolicy miejsca badań, a w drodze powrotnej akcja się powoli uspokajała? Z tego co wiem, nie jestem jedyny który miał przygody związane z czytaniem tej książki na mieście...

Co sądzę o książce?

No cóż, skoro główna bohaterka książki ma nazwisko Przygoda, to i czytanie książki nie mogło się odbyć zbyt spokojnie. Jednak ocenianie książki zaledwie na podstawie okładki, zawartego w niej humoru i akcji to chyba trochę zbyt mało, zwłaszcza w przypadku książki Marty Kisiel. Co jeszcze podobało mi się w książce? Z pewnością zróżnicowane słownictwo. Z jednej strony główna bohaterka, nazywają się strasznie staroświecko Salomea używa równie staroświeckiego języka włącznie z nieużywaną już w czasach młodości szweją. Z drugiej ostrym kontrastem uderza polsko-angielskie słownictwo jej brata, Niedasia, słownictwo rodem z powierzchownie tylko spolszczanego MMO. A więc jest tu killowanie gadów, farmienie expa, i w ogóle nieskomputeryzowany człowiek nie zajarzy, o co kaman, a to wszystko okraszone domieszką języka niemieckiego i łaciny. No, i te długie tytuły rozdziałów, niczym z zamierzchłych czasów, gdy książki ważyły kilkadziesiąt kilo z okuciami... lofciam to!!! :)
Oczywiście, książka nie obyła się bez wad. Z głównych wymienić muszę lekką naiwność w tworzeniu akcji. Chociaż momentami zwroty są zupełnie zaskakujące, zwłaszcza gdy radosna pratchettowska komedia zamienia się w horror godny Poe'go, to jednak momentami człowiek ma wrażenie, że zbyt wiele klocków układanki było stworzonych tylko po to, żeby dopełnić całość.
Kolejną jest przedstawienie w książce Wrocławia. Z jednej strony, jest to chyba jedyna książka z gatunku „dzieje się w polskim mieście”, w której ktoś wpadł na genialny pomysł umieszczenia mapki, pozwalającej zorientować się w mieście tym, którzy go nie znają. Z drugiej strony jednak, przez pierwsze pół książki Wrocław pojawia się tylko sporadycznie, ot tak, gdzieś jakieś przypadkowe miejsca co parędziesiąt stron. Co gorsza, mam wrażenie, że autorka chyba trochę zbyt chaotycznie szafuje miejscami w turystycznym centrum naszego miasta. Bo owszem, trzeba przyznać że każde z tych miejsc samo w sobie istnieje we Wrocławiu, co zresztą doskonale udowadnia Lara Notsil na swoim blogu, to jednak często brak mi tego typowego szwędania się ulicami Wrocławia, które uwielbiam u Ziemiańskiego, Szmidta czy u Jadowskiej. A już zupełnie  nie udaje mi się zidentyfikować na mapie księgarni, w której pracuje Salka Przygoda. Najpierw można podejrzewać okolice Wybrzeża Słowiańskiego, potem nagle okazuje się, że jest to blisko Mostu Piaskowego, jednak prawie że na Grunwaldzie, a w ogóle, to jakoś dziwnie okazuje się, że Ossolineum znajduje się gdzieś między krasnalem piorącym swoje ciuchy nad Odrą a mostem Grunwaldzkim. Albo ja trochę zbyt mało dokładnie czytałem książkę, albo autorka zbyt mało uważnie ją pisała, z pewnością temu tematowi poświęcę w przyszłości osobną notkę... a może dwie czy trzy?
Z pewnością trochę niespójności widzę w stworzonych postaciach. Tak jak jeszcze skłonny jestem uwierzyć w emerytowaną panią profesor medycyny trzęsącą niejednym oddziałem szpitalnym, tak już główna postać ulega zbyt dużej przemianie, co gorsza nie dzieje się to spektakularnie niczym w Dziadach Mickiewicza. Naiwna, zagubiona, zamknięta w sobie nie dająca sobie rady ze światem 25-latka o umyśle nastolatki znika gdzieś z kart książki, żeby kilkadziesiąt stron dalej nagle okazać się kobietą na tyle silną, żeby skopać du.. swojemu rozwydrzonemu bratu (który przecież jeszcze tak całkiem nie dawno manipulował nią bez żadnego wysiłku), a nawet swojemu zombie-pradziadkowi. A może to jednak typowa przemiana w tym wieku i to ja się nie znam na kobietach w tym wieku? Chociaż jak wspomniałem bardziej kojarzy mi się to z przemianą nastolatki, ale z chęcią wysłucham zdania autorki na ten temat, to w końcu grupa o wiele lepiej jej znana :)
Czy dopisywać muszę, że tytuł promowanej Pratchettem książki jakoś dziwnie zalatuje mi plagiatem nie tylko słów, ale i melodyki Dobrego Omenu (od którego zaczynałem swoją fascynację Pratchettem – i jak tu nie napisać, że nomen omen fascynację Martą Kisiel zaczynam od Nomen Omen?)?
Jednak, podsumowując, mimo swoich wad książka muszę powiedzieć, że książka jest po prostu świetna. Z pewnością umieściłbym ją gdzieś obok kolekcji Pratchetta (czemu nie obok Poe'go? Bo jego jakoś nie odważę się trzymać jego książek w domu! A już nie daj Boże zgada się z Martą Kisiel, i drżyjcie mury mego domu). Tyle, że nad moim biurkiem zaplanowana jest już półeczka na wszystkie książki fantastyczno-wrocławskie, i jednak tam znajdzie się jej miejsce.
Po książce Marty Kisiel widać, że to rozwijająca się pisarka, która wciąż jeszcze eksperymentuje szukając swojego stylu i aż obawiam się, że część swojej świetności będzie musiała porzucić, aby rozwijać inne dziedziny. W głębi ducha jednak liczę na to, że niczym w początkowej części książki z czasem ujawniać się będą jej kolejne siostry-ksero: pierwsza pisząca świetne komedie, druga pisząca mroczne horrory, no i ta trzecia – która ujarzmiać będzie obydwie panie i niewidzialną nicią zszywać to będzie w całość. Czego wam i sobie życzę, ciekawskich jednak dalszych planów zapraszam na spotkanie autorskie z Łurzowym Kłulikiem.

Info o spotkaniu autorskim

Osoba:    Marta Kisiel
Czas:       Ostatni piątek marca (czyli 28.05.2014), g. 18

Miejsce:  Lipowa 5. Księgarnia Tajne Komplety, ul. Przejście Garncarskie 2