czwartek, 20 marca 2014

Poznań - miasto (bez) wyobraźni?

Ta książka wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem. Czy na pewno? Czy na pewno przypadkiem było to, że jadąc na urlop dosłownie sprzed nosa sprzątnięto mi ostatnie miejsce w samolocie z Wrocławia i musiałem lecieć przez Poznań? Czy to na pewno przypadek, że zupełnie nie patrząc za książkami, gdzieś w którymś wolnocłowym kiosku rzuciła mi się na oczy właśnie ta okładka? Tytuł: Poznań Fantastyczny. Czy mogłem sobie odpuścić? Zarówno jako autor bloga piszącego także o książkach umieszczonych w polskim mieście, jak i jako osoba, która równolegle próbowała przenieść się do obydwu miast, tylko w jednym z nich nie poszło...

Okładka książki "Poznań Fantastyczny"

Zacznijmy od okładki


No bo od niej zaczyna się kontakt każdego czytacza z książką. Po dyskusjach z Anetą Jadowską na temat okładek jej książek (pamiętacie Złodzieja Czasu z pierwszą okładką? No właśnie!), zacząłem bardziej świadomie spoglądać na ten aspekt. I trzeba przyznać, że okładka Poznania Fantastycznego JEST chwytliwa. Duży zielony kolor, niczym jakiś glut z mikstury czarownicy, umieszczony w szklanym tłoku, otoczony brązem wypełnionym steampunkowymi mechanizmami – czyli aż kusi eklektyzmem fantastyki, co akurat jest dosyć oczywistym aspektem antologii. No i oczywiście, poznański aspekt, ratuszowy koziołek... tylko jako były kilkuletni mieszkaniec Gorzowa Wielkopolskiego, spytać muszę, czemu ten koziołek jest stylizowany na motocykl żużlowy? Na to pytanie odpowiedzi do tej pory nie odnalazłem.



Zagłada ulicy Wyobraźni

Hitchock kiedyś powiedział, że żeby stworzyć dobry film należy zacząć od trzęsienia ziemi... a potem akcja musi narastać. Myślę, że opowiadanie Adama Kubackiego pełni rolę trzęsienia ziemi, dzięki specyficznemu stylowi pisania. Kiedyś, na warsztatach dziennikarskich we wspomnianym już Gorzowie usłyszałem, że należy starać się ograniczać interpunkcję w artykułach. Bo wzrok naturalnie podąża za tekstem, a tu nagle rach! trach! trafia na przeszkodę w postaci punktu interpunkcyjnego. No cóż, utrzymane w stylu Sklepów cynamonowych Brunona Schulza opowiadanie „Zagłada ulicy Wyobraźni” absolutnie przeczy tej zasadzie. Liczne przecinki, kropki, wykrzykniki zostały tu sprytnie wykorzystane, aby tworowi tak pozornie niemelodycznemu jakim jest tekst prozy nadać pozory rytmu, tempa, pośpiechu... a także zagłady i chaosu. W przeciwieństwie do najbardziej nawet dynamicznych książek sensacyjnych, tutaj widz wtłaczany jest w jakieś pędzenie tekstu, macha oczami na lewo i prawo, by szybciej, by dalej, byle dogonić uciekającą ulicę.... zdarzyło wam się zasapać w trakcie czytania książki, niczym po szybkim sprincie? To spróbujcie tego opowiadania...
Taki pęd oczywiście robi wspaniałe wrażenie, jednak zupełnie nie sprzyja zrozumieniu treści. Nie raz się łapałem, że wraz z przecinkami zagalopowałem się mocno do przodu, przed siebie... i nagle widzę, że od dwóch stron zupełnie nie wiem, co się w ogóle „wokół mnie” (znaczy się w tekście, a nie w świecie rzeczywistym) dzieje. Więc cofam się kawałek, i znowu jest tak pięknie, znowu jest tak cudnie... STOP!!! Znowu zgubiłem treść.
Bo na treści lepiej się nie skupiać. Jej treść przypomina dulszczyznę, oburzenie społeczeństwa na ludzi-kwiaty w schyłkowym okresie ich istnienia. Poznań z Zagłady to miasto pełne szarych, nudnych ludzi, którym na siłę w życie wciska się przygoda, kolorowe życie, wyciska z nich ostatnie poty, i wyrzuca wewnętrznie na wieki wyniszczonych do zdegradowanego świata. Tak, tak, ta radosna kolorystyka bijąca z tekstu jest falą zagłady, która niczym powódź Odry zalewa całą otaczającą okolicę, aby po osłabnięciu niszczycielskiego szału pozostawić na wszystkim osad brudu i zgnilizny.


Piłsudski zbyt słaby?

Następne opowiadanie to zdecydowanie steampunk. I podobnie jak rzekłem w czasie jednych z Wrocławskich Spotkań z Fantastyką (a z czym zgodziła się i reszta dyskutantów), steampunk jest dziedziną sztuki, która pięknie wygląda w swoich wizualizacjach, jednak raczej jest ciężka w czytaniu. I tak jak o omawianej wtedy Maszynie Różnicowej Gibsona i Sterlinga mogłem powiedzieć, że jest napisana dobrze i to doceniam, a to mój gust nie pozwala mi się zachwycić jej pięknem, tak w przypadku Nieporadnego świecidełka nie mogę już nawet tak pochwalić tego opowiadania. Jakoś niezbyt dobrze mi się to czytało. Na dodatek, nie wiem czy to przez postać marszałka Piłsudskiego, czy jednak poprzez sposób pisania i dobór zwrotów, mimo kilku akcentów nakierunkowujących miejsce akcji na Poznań, to jakoś mój umysł uparcie bronił się przy umiejscawianiu tego opowiadania w Warszawie. No cóż, mam wrażenie, że zarówno sam Poznań, jak i w ogóle wątek fantastyki został tu umieszczony na siłę, a tak naprawdę, z zamierzenia miało to być awanturnicze opowiadanko z pościgami rodem z filmów gangsterskich z drugiej czy trzeciej dekady XX wieku.

Poznań - piękna historia czy wizja upadku?

Kolejne dwa opowiadania przeleciały przeze mnie niczym pomięta, bezwartościowa kartka papieru rzucona przez szeroki korytarz. Miastośnienie, choć w ciekawym dla mnie temacie post-apokalipsy, to jednak okazało się literackim hip-hopem, szarość, nuda, blokowiska... Poznań daje się zauważyć, gdzieś pojawia się Cytadela, jednak miejsca nie mają żadnego znaczenia dla opowiadania. Jest nam trudno, jest nam ciężko, przyginamy się pod ciężarem hipermarketowych wózków niepotrzebnych nam zakupów... Historia o trzech gondolach to pierwszy sensowny wątek w całości, jednak to tylko drobny punkt ginący w nudzie.
Z kolei Hildegarda jest próbą spisania typowo poznańskiej historii, niestety jest to głównie opowiadanie historyczne. Pojawiające się domieszki magii to raczej próba odwzorowania ówczesnych wierzeń, niż wątek fantastyczny nadający jakikolwiek sens fabule. Więc dopiero Zamurowani od północy są warci czegoś więcej niż dwa zdania. No, ale przy takim minimalizmie tekstu (co akurat jest ogromną zaletą tego opowiadania) wstyd mi pisać na jego cześć elaboraty dłuższe niż samo opowiadanie. Ale akurat to JEST ciekawe opowiadanie.


Kolejne dwa opowiadania to zdecydowanie opowiadania poznańskie. Chociaż mało tu miejsc dających się jednoznacznie określić i które miałyby znaczenie dla fabuły, chociaż brak tu błądzenia krętymi uliczkami Poznania, to jednak faktycznie czuć w nich poznańskość, która ujawnia się w nawiązaniu do historycznych walk o polskość/niemieckość tych ziem. Zdarzenie w Lunecie Aster nawiązuje do okresu zaboru pruskiego i poprzez powiązanie akcji z polską szkołą w alternatywnym świecie oraz próbę pokazania wyższości Polski nad Niemcami jak żywo kojarzy mi się z dziećmi z Wrześni uparcie demonstrującymi swój opór przed używaniem języka okupanta.
Jednak Śmierć Pana Prezesa to już tylko opowiadanie z gatunku „historia alternatywna”, w którym absolutnie nie da się dopatrzyć w nim fantastyki. I oczywiście, pojawiająca się nazwa Rozbrat definitywnie kojarzy mi się z Poznaniem (mimo, iż ulicę o takiej nazwie mamy też we Wrocławiu, i to niespecjalnie daleko ode mnie), to zastanawiam się, czy znana już ona była w okresie panowania Hitlera nad Niemcami?
Formagedon, kolejne opowiadanko, to z kolei post-apokaliptyczna historyjka, o którym ciężko powiedzieć zarówno, że jest ciekawe, jak i że jest poznańskie. Ot, technicznie poprawnie opowiedziana historyjka równie mało ciekawa jak Samobójstwa na Maślicach Pilipiuka w antologii „Miłość we Wrocławiu”. Nie razi, ale artyzmu w niej tyle, raczej produkt masowy bez polotu niczym kupiona w markecie cegłówka. Albo worek cementu, jak ktoś woli...

Czy jutro nadejdzie?

Jutro... z pozoru wygląda jak opowiadanie napisane według szablonu wyciągniętego z książki „Jak napisać najgorsze opowiadanie swojego życia”. Historia niczym z Dnia Świstaka czy Dnia Świra... styl? No cóż, w technikum polonistka notorycznie wypominała mi powtórzenia, mimo iż dotyczyło to ledwie pojedynczych słów, a Marta Zucker powtarza tu nie tylko całe zdania ale całe akapity. No i to zakończenie, autorka bezczelnie sugeruje autorom, że to właśnie jej opowieść jest najlepsza i to JĄ właśnie MUSZĄ wybrać, baaa, ona bezczelnie pisze, że JUŻ WYGRAŁA... i wiecie co? Autorka, jak to kobieta ma w zwyczaju, widać zmieniła zdanie i po przeczytaniu wspomnianego poradnika o pisaniu literackich gniotów stwierdziła, że musi napisać coś naprawdę niesamowitego. I trzeba przyznać, że jej się to udało. Wspomniane powtórzenia świetnie budują nastrój powtarzalności i nudy codziennego życia, a wszystkie wyskoki na bok powodują, że czytelnik z zaciekawieniem sprawdza, czy może tym razem się uda, a może tym? I chociaż z góry wiadomo, że cała akcja skazana jest na porażkę – no, ale może jednak? Czy wysiadając z tramwaju przystanek dalej uda się nie pójść na kartkówkę? Nie, bo przecież następny przystanek okaże się salką na uczelni, w której masz napisać tą kartkówkę, której pytania czytałaś już setki razy...
Także wspomniana wiadomość o konkursie (a później o wygranej) wciąż trzyma się w klimacie ciągłej nadziei na zmianę i ciągłej porażki. Bo nagle jest jakieś światełko w tunelu, jest szansa, baaa, ta szansa się spełnia... a jednak sposób, w jaki autorka uświadamia czytelnika że to jednak kolejna porażka jest oszałamiający. To jakbyś został zwolniony z szafotu, a jednak mimo to zginął przypadkowo zabłąkanym ostrzem gilotyny. Determinizm kontra bycie kowalem własnego losu...
I chociaż trochę zaspoilerowałem, to prawdziwa niespodzianka dopiero stoi przed Wami otworem. I tak jak Powrót z gwiazd Lema zakwalifikuję do tej samej kategorii: "opowiadanie, którego prawdziwą wartość odkrywamy tak naprawdę w dosłownie ostatnim zdaniu", tak tym, co odróżnia Martę Zucker od Lema jest wartość opowiadania stanowiącego wstęp – w tym wypadku oprócz oszałamiającego przywalenia czytelnikowi obuchem w ostatnim zdaniu mamy dzieło o dobrej wartości od samego początku.

Podsumowując: Poznań fantastyczny czy nie?


Podsumowując, mimo iż większość opowiadań nie zalicza się do ciekawych, to książki „Poznań Fantastyczny. Miasto wyobraźni” nie uznam za niepotrzebny wydatek. Dzięki pokazaniu nudy i szarości (nie do końca) fantastycznego Poznania, łatwiej pogodzić mi się z myślą, że kiedyś, kilka lat temu, nie udało mi się przenieść do tego miasta... wciąż, mimo iż Wrocław jest fantastyczny, mam silny sentyment do Poznania i ta książka mi go trochę osłabia (więc może jednak wcale nie przez przypadek że trafiłem na tą książkę, i to jakaś mistyczna siła sprawiła, że ją odnalazłem?). 
Jednak patrząc z perspektywy przeciętnego czytelnika... dzięki umieszczeniu dwóch najlepszych opowiadań (co do Jutro... nie zgodzę się z opinią jurorów nadającą autorce tylko wyróżnienie) na początku i końcu książki, czytając ją w oryginalnej kolejności czytelnik dobrze rozpoczyna co skłania go do dalszego czytania, a na koniec pozostaje z niesamowitym wrażeniem po opowiadaniu Marty Zucker. I gdy kiedyś z książki zaczną mi wypadać pojedyncze strony, czy to ze starości czy z nadmiernego czytania, to z pewnością nie odczuję straty w środku książki – jednak gdy straty dotkną któregoś z tych dwóch opowiadań to nerwowo zacznę się rozglądać za kolejnym egzemplarzem książki. Tymczasem powoli zbieram się do wyjazdu do Poznania aby zweryfikować czy jest on Miastem Wyobraźni, czy Miastem bez wyobraźni. Z pewnością Pyrkon będzie okazją, aby skłonić się ku temu pierwszemu. O ile nadejdzie jutro...