niedziela, 5 czerwca 2011

O północy na Hallera...

Budynek przy Hallera

Przeglądając tego bloga, można mieć błędne wrażenie, że tylko Ziemiański o Wrocławiu pisał. Fakt, tak dużo o Wrocławiu to żaden fantasta nie napisał, ale jednak są i inni, więc pora wreszcie wziąć któregoś na tapetę. Z racji bliskich Wrocławskich Dni Fantastyki wypadło więc na książeczkę wydaną w ramach zeszłorocznych Dni Fantastyki i opowiadanie Grzegorza Osieckiego „Chrup, chrup”.

„Jak to jest z tymi dziurami? Widzę, że ciężko pracujecie, - skłamałem gładko – a mimo to, cały czas jest ich tyle samo?
Popatrzyli po sobie spłoszonym wzrokiem.
- Dziwna sprawa, panie. - zaczął jeden. - Nie raz bywa tak, że dostajemy zgłoszenie, żeby naprawić ubytek w miejscu, gdzie dopiero co było łatane. Nawet kilka razy na kwartał!
- Zimą drogi szybko niszczeją – zauważyłem.
- Nie tylko zimą. Tak samo szybko dziury powstają latem.
- Może ktoś ten asfalt żre? - roześmiałem się.
Odpowiedziała mi pełna zakłopotania cisza. Robotnicy robili wszystko, żeby nie patrzeć mi w oczy.
- Tak naprawdę, - Młody nie wytrzymał krępującego napięcia, - to nie wolno nam o tym mówić. Jest taka legenda...
Pozostali szybko go uciszyli.”
Grzegorz Osiecki, Chrup Chrup, informator Dni Fantastyki 2010, str. 25

No cóż, dziury w polskich drogach to stały element polskiej rzeczywistości, i kierowcy, choć ciągle narzekają, z pewnością zdążyli się już do nich przyzwyczaić. Wrocław niestety nie jest tu chlubnym wyjątkiem, i mieszkańcy z łatwością wymienią miejsca, w których zawsze można liczyć na te naturalne spowalniacze ruchu. Autor pokusił się nawet o porównanie tych dróg do rajdu Camel Trophy Wroclaw Edition.
Oczywiście, powstawanie dziur tłumaczy się intensywnym ruchem tranzytowym, niszczącym działaniem mrozu i kilkoma innymi zjawiskami fizycznymi. Autor pokusił się o zupełnie inne wytłumaczenie tej niesamowitej szybkości, z jaką powstają kolejne czarne dziury w asfalcie. O wiele bardziej fantastyczne...

„- Chciałeś wiedzieć, skąd się biorą dziury? - podał mi lornetkę. - Oto nasz mały problem.
Ogrody Hallera
Słowo mały nie było dobrym określeniem na to, co właśnie przekraczało niebieski krąg i ostrożnym krokiem zbliżało się do klatki. Przetarłem oczy. Kredowa linia stanowiła chyba jakąś niewidoczną barierę, która sprawiała że po przekroczeniu jej, obserwowane przeze mnie stworzenie stawało się coraz bardziej widoczne i wyraźne.
Przypominało starego tucznika. Było obłe i łyse. Miało krótkie nóżki, które stawiało powoli, jakby stąpało po lodzie, uszy jak u spaniela i krótką trąbkę. Wyglądało śmiesznie.
- Co to jest, do cholery?
- Asphaltophagus Vratislaviensis – odpowiedział Traper. - Endemit. Magiczny.
- Magiczny. - Żachnąłem się. - Nie ma czegoś takiego.
- To jest Wrocław. - powiedział, poirytowany moją niewiarą. - Miasto spotkań. Spotkań różnych rzeczywistości.”
Grzegorz Osiecki, Chrup Chrup, informator Dni Fantastyki 2010, str. 28

A więc wrocławskie dziury to magiczny ewenement na skalę kraju, a może nawet świata. Ot, chodzi sobie taki asfaltofagus po mieście, i zżera wylany za pieniądze podatników asfalt. Wystarczyłoby potwora złapać, i temat załatwiony. Tematem zajmuje się Traper, specjalista wynajęty przez wrocławski Zarząd Dróg i Utrzymania Miasta. I nawet mu się to udaje, więc wydawałoby się, że Wrocław uratowany został od plagi dziurawych dziur. Niestety, drążący temat dziennikarz postanawia interweniować, bo szkoda mu unikatowego zwierza i postanawia go uwolnić.

Polowanie na asfaltofagusa
Na podstawie opowiadania trudno odnaleźć miejsce, gdzie Traper złapał potwora. Autor enigmatycznie wspomina jedynie o nieotwartym jeszcze odcinku obwodnicy. No cóż, uwzględniając, że opowiadanie napisane zostało w zeszłym roku, to mowa może być o każdym kilometrze obwodnicy. Jedyne konkretne miejsce podane przez autora, to skrzyżowanie Hallera i Gajowickiej, gdzie spotykają się obydwaj łowcy. Trzeba przyznać, że nieprzypadkowo autor wybiera to miejsce – sama Hallera jest już strasznie dziurawą drogą, gdy jednak skręci się z niej w Gajowicką, a nie daj Boże w którąkolwiek inną równoległą drogę, to mamy okazję przekonać się o możliwościach potwora. Widać wystraszony uciekł on z obwodnicy, gdzie miał zapewnione ciągłe dostawy świeżego asfaltu i żwiru. Kręcąc się w okolicach Hallera natykam się na kolejną ekipę pod pretekstem remontu drogi urządzającą polowanie na asfaltofagusa.  

niedziela, 29 maja 2011

Galeria Zjawisk

Fizyczny metalowy wąż falowy

Pamiętacie wystawę zapomnianych wynalazków w CK Zamek w Leśnicy? Z okazji Dnia Dziecka podobną wystawę postanowiła zorganizować Galeria Dominikańska. Tamta wystawa niestety pokazywała naszą typową polską mentalność – byle jak najtaniej, niekoniecznie efektownie. Jakże to kontrastuje z podejściem niemieckiego instytutu naukowego we Flensburgu. Wykonanie staranne, porządne – i potem sprzedawać to jako usługę. Niestety, chyba na pozornie lepszym, a na pewno bardziej efektownym wykonaniu lista zalet się kończy.
Kołyska Newtona
Wad za to mnóstwo. Po pierwsze, eksponatów mniej. To by jeszcze można przebaczyć, bo przecież ilość miejsca ograniczona (lecz po co ten zamknięty barak na środku parteru zajmujący miejsce? A może coś w środku jest? Stojący obok ochroniarz raczej odstraszał od sprawdzenia). Bardziej martwi skomplikowanie tych wszystkich machin. Brak „czarodzieja oprowadzającego”, brak jakichkolwiek instrukcji jak używać niektórych eksponatów. Skromne „naciśnij dźwignię” sprawia, że naciskamy i... NIC? Nuda, idziemy dalej. Część zabawek wymaga jakiegoś wytłumaczenia, żeby w ogóle zadziałały. Inne, choć działają, to nie wiadomo czemu i o co w nich chodzi, a opisy jedynie zadają pytania bez odpowiedzi. 
Koło barw
Po dzieciach widać, że po prostu znalazły kulki, kręciołki i inne dźwigienki do zabawy, i totalnie nie wiedzą o co chodzi. Coś się buja, coś się majta, jest zabawa... i niekoniecznie ma to dla nich jakikolwiek związek z fizyką. Jak na szumny opis wystawy, sugerujący, że prawa fizyki są ciekawe, i że tutaj możemy je odkryć, to jednak trochę mało. Choć dla dzieciaków jest to jakaś atrakcja z okazji Dnia Dziecka, równie dobrze organizatorzy wystawy mogliby wystawić do zabawy klocki lego i kolekcję pluszaków, w końcu też „jakiś” tam związek z tą "nudną" dziedziną nauki mają. Nie neguję, zapewne wystawa jest doskonałą pomocą dla pełnego talentu nauczyciela, który w terenie mógłby wykonać wspaniałą lekcję z pomocami niedostępnymi na co dzień, jednak gdy jedynym nauczycielem dla dzieci są rodzice, którzy już dawno nie pamiętają lekcji fizyki z podstawówki, to dzieci dużo z takiej lekcji nie wyniosą. Co najwyżej kulki, gdy rodzice nie upilnują, bo trzeba przyznać, że kulki ze zjeżdżalni jakąś kleptomanię wśród dzieci wywołują. Na wystawie udało mi się zauważyć tylko jednego rodzica, który potrafił wytłumaczyć dziecku, co się tutaj dzieje.
No to łapiemy kulki!!!
Choć co prawda Galeria Dominikańska wspomina, że możliwe jest zwiedzanie z przewodnikiem, to trochę zbyt mało precyzyjna informacja biorąc pod uwagę, że minęły już dwa najbardziej ruchliwe dni wystawy.
Jeśli dodać, że po dwóch dniach część eksponatów albo już nie działa, albo chodzi tak ciężko, że nawet dorośli mają wątpliwości, czy można czymś zakręcić, to zdecydowanie lepiej ocenić muszę wystawę wykonaną przez wrocławskich naukowców z EIT+. Nawet mimo zdecydowanie mniej reprezentatywnego, wręcz lekko topornego wyglądu...

czwartek, 26 maja 2011

W Ogrodzie Aniołów, ludzie wybuchali wśród kwiatów

No, tytułu dzisiejszego artykułu to chyba sam Ziemiański by nie skojarzył, choć przecież o jego twórczości mowa.
„Weszli na wewnętrzny dziedziniec. Widok, który uspokoił bawet Mariolę. Rozkwitające klomby, stara studnia, zewsząd okna otaczających budynków, a wszystko to skąpane w ostrym słońcu. I jak tu myśleć o duchach, zjawiskach nadprzyrodzonych czy jakiejś sekcie? To przecież bzdury, Wszystko wydawało się bardzo normalne. Mariolę zaskoczyła maleńka powierzchnia. Wyobrażała sobie, że plac będzie dużo większy. Poza tym – nie mogła uwierzyć, że Miszczuk i inni wybuchali właśnie tutaj”
A. Ziemiański, Breslau forever, str. 257/258

Kto uważnie czytał książkę, już wie, że TAM znajduje się w pobliżu placu Nankiera. Wie, że mowa o uczennicach, siostrach-urszulankach. Wystarczy spojrzeć na mapę lub rozejrzeć się wokół żeby wiedzieć, że chodzi o gimnazjum sióstr urszulanek. Z aniołami większość osób skojarzy reprezentacyjny dziedziniec przy Maciejówce, na który można wejść bezpośrednio z Zaułku Ossolińskich. Na jego środku stoi Angelus Silesius, czyli Anioł Ślązak, i to właśnie on skojarzy się wszystkim z aniołem. Podobnie i ja początkowo pomyślałem o tym dziedzińcu, choć mój z kolei błąd wynikał ze słabej znajomości terenu i pomylenia wejść. Jednak ostatecznie poszukując TEGO miejsca, zajrzałem na zdjęcia satelitarne w googlach i przekonałem się, że jednak szukam „czegoś obok”. Więc zapewne trzeba wejść zwykłym wejściem do gimnazjum? BINGO!!!

To właśnie tymi schodami zbiegała
opisana przez Ziemiańskiego zakonnica 
„Przytulny, skąpany w słońcu dziedziniec nie sprawiał wrażenia niemego świadka zbrodni. Podniosła głowę. W jednym z okien na drugim piętrze mignęła jej postać zakonnicy w czarnym habicie. Po chwili zauważyła tamtą w oknie pierwszego piętra, a potem parteru.
- Ale goni. - Szturchnęła Sławka, wskazując obiekt swych obserwacji. - Chyba chce nas stąd wyrzucić.
Poniósł głowę niezbyt przytomny. Zakonnica ukazała się w drzwiach
- Dziwne. - powiedział. - Przecież tu urzędują urszulanki czarne, a a ma szary habit.”
A. Ziemiański, Breslau forever, str. 261/262

Gdy wszedłem do środka, też trafiłem na zakonnicę schodzącą ze schodów. Na szczęście, na dużo milszą, bo bez jej pomocy nie zdobyłbym klucza do drzwi na dziedziniec. Przed moimi oczami ukazało się miejsce dużo inne niż opisywane przez Ziemiańskiego. Zamiast klombów – wznoszące się na kilkanaście centymetrów skarłowaciałe krzewiki. Na środku – dobrze utrzymana fontanna, a nie jak sugeruje autor, stara i rozsypująca się. To właśnie zakonnica zwraca mi też uwagę na coś, co zapewne doskonale widać z drugiego piętra, choćby ze schodów, a co ciężko zauważyć stojąc na dziedzińcu. Wszystkie te krzaczki układają się w kształt... czterech aniołów, skupionych głowami i aureolami wokół fontanny. Więc właśnie rozwiązała się zagadka, czemu to miejsce nazwałem ogrodem aniołów.

„- Co? Pogięło cię? Przecież ma czarny,
Potrząsnął głową.
- Szary, a spod spodu widać purpurę. - Przyjrzał się bliżej. - Chryste, przecież kobieta nie może być biskupem. […]
Nie zwracała uwagi na trajkotanie zakonnicy, która ściszonym głosem opisywała nawet wizytę specjalisty z klasztoru jasnogórskiego, który odprawiał egzorcyzmy w nocy, żeby nie straszyć uczennic. Szukała odpowiednich kwiatków. Zerwała po płatku z dwóch kwiatów. Podeszła z powrotem do siostry.
- Słuchaj – zwróciła się do Staszewskiego. - Widzisz je? - Podniosła rękę, pokazując płatki.
- Tak.
- Jakie mają kolory?
- Biały i purpurowy.
- Doskonale. Masz omamy wzrokowe. Odsuń się o kilka kroków.
- A jakie one mają kolory? - spytał, odsuwając się posłusznie w tył.
- Takie jak wymieniłeś. A kolory habitu ci się nie zgadzają. - Przyłożyła rękę do zdziwionej lekko zakonnicy, konkretnie do białego fragmentu jej stroju. - To złocień różowy, czyli Chrystanteum coccineum, zwany dawniej Pyrethrum roseum. […] Znam te rośliny z katalogów i wiem, jakie mają kolory. Widzę jakie barwy ma habit. - Wyciągnęła w stronę siostry prawą rękę z drugim płatkiem. - To wełnianka wąskolistna, czyli Eriophorum angustifolium, jest biała.
Mariola przesunęła rękę znowu na białe tło.
- Widzisz coś?
- Nie za bardzo. Purpurowy kwiatek zlewa się z purpurą na habicie.”
A. Ziemiański, Breslau forever, str. 262


Anioł widziany od wezgłowia
No więc, druga z tytułowych zagadek została właśnie rozwiązana. Wiemy, czemu to miejsce można nazwać ogrodem aniołów. Wzmiankowane wybuchy ludzi, to alergiczna reakcja na pyłki traw i kwiatów, prowadzące do bardzo silnych obrzęków organów, a w ostateczności – do wewnętrznych „wybuchów”. Pozostaje pytanie, czemu to miejsce tak bardzo różni się od opisu z książki? Nie ma wysokich klombów, studnia dziwnie kontrastuje świeżością z otaczającymi zniszczonymi ścianami, nie ma też mowy o żadnych polnych trawach czy kwiatach, jak chociażby wymienionych przez autora wełniankach i złocieniach. Więc skąd te różnice? Nadmierna wyobraźnia autora czy zbyt silna chęć dopasowania zaplanowanej wizji kreowanego świata do rzeczywistości?
Żadne z obojga. Podpowiedzią jest liczba „2002” na studni, a moje podejrzenia potwierdza siostra-urszulanka. Trudno mi powiedzieć, co działo się tam przed rokiem 2002, jednak obecny ogród został założony właśnie w 2002 roku, wtedy też wyremontowana została studnia. Pozostaje jednak pytanie, jak wyglądał dziedziniec wcześniej? Czy była to właśnie polna łąka w samym centrum miasta? Na to pytanie nie jestem już w stanie wam odpowiedzieć.  

niedziela, 22 maja 2011

Czekoladowy smok, czyli szkolenie młodych smokorycerzy...

Od zawsze lubiłem Czekoladziarnię. Ot, kiedyś wszedłem, spróbować czekolady... i mi się spodobało. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że prowadzą zajęcia dla młodych poszukiwaczy smoków... choć z racji wieku to już nie moja kategoria wiekowa, ale czemu by nie skorzystać z okazji i nie wziąć na spytki specjalistów od wrocławskich smoków?
Walka małpy z wiwerną
Wycieczka rozpoczęła się pod pręgierzem. Na początek mały wykład dla milusińskich, żeby umieli smoka od wiwerny rozpoznać, bo przecież choć podobne, to przecież wiadomo, że to jednak dwa różne stworzenia. Stąd już Kurzym Rynkiem można udać się do kościoła św. Marii Magdaleny aby szukać na ambonie pierwszego smoka. Niestety, trzeba się było obejść smakiem, bo w kościele właśnie się zaczęła msza, i nie wypada z kuszą czy toporem biegać za wystraszonym zwierzakiem.
Smok - rzygacz
Niepysznie wracam więc na rynek, aby tu szukać wrocławskich smoków. I któż by pomyslał, że na wrocławskim ratuszu ukryło się tyle tych gadów? Dwa nad jednym z wejść, cztery na dachu bezczelnie udają rzygacze i ani próbują się chować... (trzeba przyznać, że te wrocławskie smoki, to jakoś wolą wodą, nie ogniem, zionąć... a potem się dziwić, skąd te powodzie się biorą...) I jeszcze kolejny schował się pod ochroną siatką. Jeszcze kolejny, choć schował skrzydła, to przy wszystkich tłucze się ze świętym Jerzym, licząc na odmianę losu. Trzeba przyznać, że na wschodniej ścianie znaleźć można dużo zwyczajowych scenek z życia, i właśnie wśród nich można znaleźć najwięcej smoków. Kolejny smok, tym razem bardziej rubaszny schował się na południowej ścianie – ale o ratuszowych smokach jeszcze wam opowiem...
Patrzcie, SMOK!!!! I nawet niedźwiadek już niestraszny...
Stąd już pora na plac Solny, do mojego ulubionego, Smoka Wrocławskiego. Tak, to ten sam którego z taką fantazją opisywałem 1 kwietnia. Okazało się, że moje wymysły dotyczące Smoka Wrocławskiego... okazały się prawdą. No, może z wyjątkiem tego gazu łupkowego. Okazuje się jednak, że Wrocław miał swojego oficjalnego smoka, który nazywał się Strachota, i to właśnie ten smok siedzi teraz na placu Solnym. Mieszkał sobie w pobliskiej Wrocławiowi wiosce Strachocin (obecnie dzielnica Wrocławia). Ale o czosnkowej łącze, Smoczej Studni i Konradzie opowiem jeszcze przy okazji...
Tymczasem na ul. Szajnochy czeka ostatni smok. No, prawie ostatni, bo pani przewodnik postanowiła chyba nie męczyć smoka na pl. Nankiera. Tak, tego wyliniałego, wysuszonego staruszka, z którego zostały już tylko kości i pozbawiona drogocennych łusek skóra...

niedziela, 15 maja 2011

Maszyna do łapania i butelkowania piorunów

Całkiem niedawno byłem... hmm, normalny Polak powiedziałby „za granicą”, Anglik - „za morzem”, dziecko pewnie przerobiło by to na bajkowe „za siedmioma górami, za siedmioma morzami”. Mórz żadnych po drodze nie było, góry tylko jedne, więc jako autor strony fantastycznej chyba wolę średniowieczne określenie „tam gdzie żyją smoki”.
No więc, całkiem niedawno byłem tam, gdzie żyją smoki. Choć to miejsce odległe i geograficznie, i tematycznie od Wrocławia, jednak nie przestałem być z tego powodu czujny. I tylko dzięki temu w Harlemie, w Muzeum Teylersa, udało mi się odkryć maszynę do łapania i butelkowania piorunów. Co ciekawsze, tuż obok stała maszyna do tworzenia piorunów, więc zastanawiam się, czy uruchamiając obydwie maszyny równocześnie, nie stworzyłoby się jakiegoś perpetuum mobile. I choć to miejsce nijak ma się do tematyki Wrocławia Fantastycznego, postanowiłem umieścić je jako ciekawostkę.
PS. Tą notkę wpisywałem wczoraj. Dziś... odnalazłem notkę na facebooku, że wrocławscy żeglarze właśnie rozpoczęli rejs pod hasłem "dalej są smoki", nawiązując (podobnie jak ten wpis) do średniowiecznego określenia kartograficznego. I znów przypadkowa zbieżność...

niedziela, 8 maja 2011

Największa karta perforowana na świecie, czyli w Dniu Bibliotekarza...

Karta czy taśma perforowana to obecnie raczej zabytek techniki niż science-fiction, jednak ze względu na jej ogromne znaczenie dla informatyki postanowiłem o niej przypomnieć. Zwłaszcza, że przecież to właśnie w ten sposób komunikowały się ze światem pierwsze polskie (dodajmy, że produkowane WE WROCŁAWIU) komputery Odra. Gdyby teraz próbować odnaleźć gdziekolwiek tego typu „interface”, to ciężko byłoby znaleźć kartę perforowaną oryginalnej wielkości. Za to idąc wzdłuż Wybrzeża Wyspiańskiego wręcz sama rzuca się w oczy fasada budynku C13 Politechniki Wrocławskiej – będąca właśnie powiększoną kartą perforowaną.
Pamiętam, jak swojego czasu gazety rozpisywały się o nowo budowanej  bibliotece, o tym, że zamysłem autora była imitacja karty perforowanej będącej przecież symbolem dostępu do informacji. No cóż, w budynku C13 wcale nie znajduje się biblioteka, skojarzenie z kartą perforowaną też podobno nie było świadomym zamierzeniem architekta, a jedynie spostrzeżeniem kogoś przechodzącego obok wybudowanego już budynku. Znajomi absolwenci mówią, że jedyne skojarzenie użyteczności budynku z komputerami  to... że tam właśnie chodzili „na internet” w trakcie studiów. Powstały też nawet legendy mówiące, że układ okien ma w sobie ukryty przekaz - jest nim rzekomo nazwisko jednego z rektorów.
Autor: Iga Pelczarska
Autor: Iga Pelczarska
Zazwyczaj korzystam z własnych zdjęć. Tym razem przypadkowo odkryłem przepiękne zdjęcia Igi Pelczarskiej ukazujące ten właśnie budynek w godzinach zmroku. Pewnie jeszcze długo nie osiągnę takich wyników, więc wyjątkowo korzystam z cudzych źródeł. Więcej na jej stronach: www.igapelczarska.pl oraz www.igapelczarska.blogspot.com
Autor: Iga Pelczarska

wtorek, 3 maja 2011

Krótka definicja patriotyzmu

"- Tak - jednak bez wahania potwierdziła Potocka. Zawsze w takich momentach pamiętała słowa ojca: "Rzeczpospolita tylko żąda. Nie płaci, nie wynagradza. Tylko żąda i dlatego służymy jej jak psy". Pamiętała też chwilę, gdy jako dziecko słyszała te słowa po raz pierwszy. Wtedy spytała: "A czy czasami chociaż podrapie za uszami?".
A. Ziemiański, Żołnierze grzechu, str. 31