wtorek, 14 lutego 2012

Miejsce w którym odradza się miłość


We czwartek koło południa na skrzyżowaniu Piłsudskiego i Świdnickiej, tam gdzie z jednej strony ulicy metalowe rzeźby przechodniów schodzą pod ziemię, by wynurzyć się spod chodnika po drugiej stronie, od grupy szarosrebrnych nieruchomych figur oddzieliła się postać mężczyzny w kapeluszu i długim płaszczu. Przez chwilę popatrzyła w jasne niebo, poprawiła na sobie kapelusz, po czym ruszyła za młodą kobietą w czerwonej czapce i mężczyzną z włosami związanymi w kitkę, którzy właśnie przechodzili przez asfaltową jezdnię. A gdy tak poszła za nimi ulicą Świdnicką, zaczęła bezczelnie powtarzać każdy ich ruch i gest. Raz machała ręką zupełnie jak kobieta w czerwonej czapce, raz odgarniała włosy do tyłu zupełnie jak mężczyzna z kitką, tak że przechodnie, którzy ich mijali, dobrze się bawili, widząc to wszystko.
Stefan Chwin, Poczta listów miłosnych, str. 5 antologii „Miłość we Wrocławiu”

Tak zaczyna się Poczta Listów miłosnych Stefana Chwina. Opowiadanie o miłości, a właściwie o szarości życia codziennego, w którym to piękne uczucie zamiera. Ot, gdzieś między zmywaniem naczyń a prasowaniem zapominamy pocałować męża. Ot, gdzieś między odkurzaniem a położeniem dziecka do łóżeczka zapominamy żonie przynieść kwiaty. Ot, gdzieś kolejny gest zapomniany, którego nie potrafimy już nawet nazwać. I tak codziennie jeden gest, dwa piękna słowa mniej... niby niedużo, a jaka wielka strata. Miłość ustępuje miejsca zobojętnieniu, które powoli ucieka przed kłótliwą nienawiścią. A przecież ktoś musi zapłacić rachunek za gaz, kiedyś trzeba odmalować pokój lub zmienić tapetę...
I czasem nie obejdzie się bez pomocy Istvana. Istoty pozornie ludzkiej, kolejnego przechodnia... a tak naprawdę jednego z metalowych przechodniów stojących przy Świdnickiej, który ożywa i odłącza się od stojącego tłumu aby pomóc zabieganym. Anioła, który odrzucił skrzydła aby nie trącać nimi ludzi wokół niego. Bo choć autor uparcie znajduje logiczne wytłumaczenie dla wszystkich zdolności Istvana, to jednak samo ich połączenie jest w samo w sobie mało rzeczywiste... a sposób ich opisania jakby pogłębia tą wewnętrzną niepewność. Zresztą sam Istvan wspomina o mocach niebieskich, z którymi pozostaje w dobrym kontakcie.
Tymczasem nasi bohaterowie powoli oddalają się w kierunku mieszkania przy ulicy Trzebnickiej. Wbrew pozorom, długa droga przed nimi. Czy do domu wrócą razem, czy ktoś przywróci szkło pobitym ramkom zdjęć kochanków?

Któregoś dnia Istvan, wędrując po jej folderach, trafił na zdjęcia które – takie odniósł wrażenie – już gdzieś widział. Rozpoznał je po chwili: były to zdjecia z mahoniowego kredensu, zepchnięte kobiecą ręką do plastykowego wiadra ze śmieciami, pogodne zdjęcia dwojga młodych ludzi ubranych uroczyście na własny ślub. Panna młoda i pan młody mieli w oczach światło którego zazdroszczą wszyscy ludzie na ziemi, mocne, dobre światło, które sprawia, że mamy ochotę oglądać na własne oczy świat. Mężczyzna w białym garniturze z białą muszką pod szyją, kobieta w kaskadzie tiulu i koronek, z kwiatami wetkniętymi we włosy związane na karku, stali obok siebie przy fontannie na wrocławskim Rynku. A potem na ekranie pojawiło się zdjęcie zielonego mostu Kłódek, gdzie od razu po ślubie pojechali białą toyotą, ustrojoną we wstążki i kwiaty ciętych róż. A oto trzecia fotografia: Grzegorz w rozpiętej marynarce, krzycząc coś z radości w niebo, przypina do mostowej poręczy kłódkę „Mariola+Grzegorz”, goście weselni biją brawo, ktoś rozlewa szampana do kieliszków wyjętych z podróżnego kuferka, a uliczny saksofonista, stojący parę kroków od mostu na chodniku przy brukowanej jezdni wiodącej do kościoła z dwiema wieżami, słodko-chrapliwymi dźwiękami wygrywa Marsz Mendelssohna, a potem dorzuca jeszcze skoczne „Sto Lat”.
Stefan Chwin, Poczta listów miłosnych, str. 27 antologii „Miłość we Wrocławiu”

sobota, 11 lutego 2012

C czyli setka


Imperialni zolnierze przed sala kinowa
Imperialni żołnierze przed salą kinową

WFGW, czyli Wrocławski Fanklub Gwiezdnych Wojen. Grupka wrocławskich fanów filmu Georga Lucasa, spotykająca się co miesiąc. Mniej więcej co miesiąc, bo setne spotkanie wypadło im 8 lat po pierwszym. I trzeba niesamowitego farta, aby oprócz tak okrągłej rocznicy, trafić na premierę Gwiezdnych Wojen po raz pierwszy w technologii 3D – tego nie mógł przewidzieć nikt, kto organizował pierwszą Imperiadę w lutym 2004 roku. A tak właśnie się zdarzyło – i okazało się doskonałym pretekstem do pokazania się widzom przychodzącym na film.

Nauka strzelania z imperialnej broni
Imperialny kadet uczy się strzelać 
imperialna rekrutka strzela do gwiezdnych potworow
Imperialna kadetka
strzela do potworów
Niestety, problemy organizacyjne (wynikające z niskich możliwości technicznych jednego z wrocławskich kin) znacząco utrudniły życie fanom Gwiezdnych Wojen. Mimo to nie zawiedli, stawiając się licznie w holu kina Helios na ul. Kazimierza Wielkiego. Byli żołnierze imperialni, nieliczni rebelianci, Tuskeni... zabrakło jednak Rycerzy Jedi. Tą przewagę wykorzystały siły Ciemnej Strony Mocy aby jeszcze bardziej się wzmocnić. Jako iż szkolenie imperialnego żołnierza trwa dosyć długo, rekrutacji wśród dorosłych nawet nie brano pod uwagę. Potencjalnych kandydatów wyłowiono wśród dzieci i poddano pierwszym etapom szkolenia. Zaczęło się od nauki strzelania z imperialnej broni... do dalszego szkolenia wykorzystani zostali Tuskeni. Potencjalnym kandydatom na żołnierzy założono na głowy tuskeńskie maski, po czym kazano maszerować za jednym z Jeźdźców Pustyni. A trzeba przyznać, że niełatwa to sztuka, bo co rusz ćwiczono kolejne rodzaje chodu. I coś co wydawało się jeszcze znośnie trudne do wykonania w normalnych warunkach, nagle staje się zadaniem ponad miarę gdy trzeba je wykonać w masce która nie tylko przeraża wszystkich wokół, ale praktycznie uniemożliwia obserwację otoczenia. I mówię nie tylko o ograniczonym polu widzenia, ale także o bardzo silnym wyciszeniu dźwięków otoczenia. Choć kolejny Tusken dosyć głośno podpowiadał głosem jakie czynności należy wykonywać, to i tak najskuteczniejszym sposobem kierowania adeptem był kontakt dotykowy. Trzeba przyznać, że choć zaciąg początkowo czynili imperialni żołnierze, to ostatecznie jednak nowych członków plemienia zyskało pustynne plemię z Tatooine.

Imperialni zolnierze na ulicach Wroclawia
Imperialni żołnierze na ulicach Wrocławia

Stary Tusken pomaga mlodemu ubrac sie w pustynny stroj
Tuskeńska pomoc międzypokoleniowa
Potem Tuskeni znikli mi z oczu. Nie, nie założyli mi na głowę swej maski – jedynie korzystając ze swej umiejętności cichego przemieszczania niezauważalnie gdzieś się oddalili. Pogłoski mówią, że poszli uświetnić filmowy pościg podów. Ot, takie dodatkowe atrakcje dla widzów, którzy oprócz samego pościgu 3D, oprócz nieprzewidzianych zwrotów akcji w postaci odstrzału kilku ścigających się pilotów nagle mogli zobaczyć Tuskenów nie tylko na ekranie filmowym, a nawet poczuć oddech Jeźdźców Pustyni na własnej skórze...
Tuskeni z nowymi nabytkami
Przymiarki do zostania Tuskenem
Klasyczna wymiana helmow
Klasyczna wymiana hełmów między rebeliantem i żołnierzem Imperium
Aha, byłbym zapomniał. Powszechnym zwyczajem wśród sportowców jest wymiana koszulek po zakończonym meczu. W przypadku gwiezdnowojennych żołnierzy, tego typu wymiana mogłaby być dosyć ciężka w wykonaniu, bo najpierw trzeba byłoby zdjąć z siebie całe wyposażenie. Dlatego wśród żołnierzy zwyczaj ten trochę wyeluował i klasycznym elementem do wymiany stała się nie koszulka, ale hełm - bo jego właśnie najszybciej można zdjąć i wymienić się z przeciwnikiem. 


No cóż, z okazji tak okrągłej rocznicy pozostaje życzyć wrocławskiemu Fanklubowi kolejnych stu, jeśli nawet nie lat, to na razie przynajmniej stu kolejnych Imperiad i coraz to nowych członków.
I to zarówno z Jasnej, jak i Ciemnej Strony Mocy...
A na koniec mała dygresyjka fotograficzna:
Nawet Moc nie wystarczy na zastopowanie wroclawskich korkow
Co zrobić gdy nie uda się zatrzymać pojazdów Mocą?




Lord Sith lapiacy stopa
Pozostaje klasycznie łapać stopa

sobota, 4 lutego 2012

I SKFL "Katedra"

I SKFL "Katedra"

Źródło: Materiały promocyjne projektu  Kosmostumostów




Dzień dobry!!
Były sobie wyspy w dolinie Odry!
W niej dystyngowani Słowianie jak bobry
pływali nago, tańczyli, kimali bez kołdry
Nie latam i nie nad nim Chrobry
Na winie, wywinie tu podryw
L.U.C., Kosmostumostów & Trzeci Wymiar 


Lądowanie Katedry na Ostrowie Tumskim
Źródło: L.U.C, Kosmostumostów (teledysk)
Katedra... Pierwszy Statek Floty Kosmicznej L.U.C.-a. To od niego się zaczęło. Ot, gdzieś w oparach pomroczności jasnej pomylił znak międzygalaktycznego portalu z jakże podobnym kształtem łuku Odry w pobliżu Biskupina. No i zamiast dokonać skoku hiperprzestrzennego, z pełną mocą przywali w Ziemię. Katastrofa musiała być to wielka, i choć nie pisze o nich w swoich kronikach Gall Anonim, to jej wpływ na okolicę był ogromny. Na terenach objętych w nieznacznym jedynie stopniu niezorganizowaną władzą plemienną powstał silny ośrodek władzy kościelnej. Za nim lądowały kolejne statki tej samej cywilizacji, co widać po obecnej zabudowie terenu wokół katedry. Choć z czasem w okolicy rozbijały się kolejne statki osłabiając władzę pierwszej cywilizacji, to jednak mieszkańcy statku katedralnego wciąż zachowują znaczący wpływ na mieszkańców Kosmostumostowa.

Lądowanie Katedry na Ostrowie Tumskim
Źródło: L.U.C, Kosmostumostów (teledysk)
Bliskie spotkania III stopnia
Źródło: L.U.C, Kosmostumostów (teledysk)




I tak oto od wieków
ufo wbijało się tu
[…]
Nie wiadomo czemu Boga widzieli w człowieku
Może to przez te niewychędożone białogowy i ogórki w czosnku
padali nam do stóp

I tak tysiące lat okręty wbijały się w Biskupin i Ostrów
kawałki konstruk-cji przerobiono na kładki po prostu
L.U.C., Kosmostumostów & Trzeci Wymiar

sobota, 21 stycznia 2012

Biblijnie na pasku celuloidu


Przedwczoraj Sputnik znów wrócił na orbitę po kolejnej nieudanej próbie lądowania na ziemi. Ciekawostką jest krótki spot puszczany przed każdym filmem – i podobnie jak w moim opisie, i tu rosyjski satelita kilkukrotnie uderza w ziemię i odbija się niczym piłka (lub nieudolnie lądujący samolot) po czym ponownie odlatuje w dal.
Tymczasem do Wrocławia zawitał kolejny festiwal filmowy, a właściwie jego reminescencje – NoweHoryzonty Tournee. I w nim daje się zauważyć wątki fantastyczne – a dokładniej biblijne. 
Poza Szatanem. Źródło: materiały kina Helios
Pierwszy z filmów już swoją nazwą krzyczy że nie obędzie się bez diabła – jak się później okazuje, także i bez anioła. A wszystko to połączone w jednej postaci, i podobnie jak we wrocławskiej „Poczcie listów miłosnych” Stefana Chwina, utożsamione z pozornie ludzką postacią. Ten sam (człowiek? anioł? diabeł?) równocześnie czyni cuda, jak i dokonuje aktów przemocy – a wszystko to, aby ochronić kobietę którą się opiekuje. Pozostaje pytanie, czy to on jest utożsamienie całego zła panoszącego się w okolicy, czy może właśnie wybawieniem od niego? Na to pytanie odpowiedzi należy udzielić sobie samemu po obejrzeniu filmu, bo opisy filmów znajdujące się w sieci prezentują sprzeczne poglądy.
Koń Turyński. Źródło: materiały kina Helios
W 2012 roku oczywiście nie może zabraknąć wątków apokaliptycznych. Jednak z drugiej strony nie wypada, aby Nowe Horyzonty prezentowały film katastroficzny pokroju 2012 czy Jądro Ziemi. Apokalipsa musi być jednak bardziej subtelna, wręcz intymna. Taki właśnie jest Koń Turyński. Już sam punkt wyjścia zapowiada się ciekawie, bo film odwołuje się do pewnego zdarzenia w życiu Fryderyka Nietzschego. Otóż 3 stycznia 1889 roku ten niemiecki fiolozof, wychodząc z turyńskiego hotelu, zobaczył konia bitego na drodze przez chłopa. Wydarzenie to doprowadziło u autora do załamania psychicznego. Niedługo później stwierdzono u niego chorobę psychiczną, a pisarz już do końca życia nie napisał żadnej książki. Nie znany jest los zakatowanego konia... tu właśnie węgierski reżyser Bela Tarr puścił wodze wyobraźni, pokazując konia niczym biblijne zwierzę niosące Jeźdźca Apokalipsy...

PS. Idąc na filmy (prezentowane w kinie Helios na ul. Kazimierza Wielkiego) uśmiechnijcie się życzliwie do filmowego krasnala po drodze - może to wam odda te 2 zaginione wiekopomne klisze filmowe, z których psotnik zrobił sobie rower. W samym wnętrzu kina jednak uważajcie na ukrytego Obcego, bo inaczej i wy podzielicie los załogi krążownika Nostromo... Ale o Obcym to jeszcze kiedyś napiszę...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Sputnik znów wylądował we Wrocławiu


Dobre posadzenie samolotu jest podstawą miękkiego lądowania. Jak całkiem niedawno pokazał polski pilot, kapitan Wrona, samolot nie potrzebuje do tego nawet kół. Jednak sputniki to pojazdy kosmiczne nieprzystosowane z założenia do jakiegokolwiek lądowania – pewnie właśnie dlatego co roku sputnik „żabkuje” i to z całkiem niezłym rozrzutem, praktycznie po całej Polsce.
Mowa oczywiście o festiwalu Sputnik nad Polską, dzięki któremu zapoznać się można z najbardziej znanymi (a także najnowszymi) filmami rosyjskimi. Trzeba przyznać, że najnowsza edycja festiwalu miała poważne problemy z trafieniem do miasta Mirosława Hermaszewskiego, bo Wrocław jest jednym z nielicznych miast, w którym festiwal odbywa się dopiero w styczniu tego roku, co poza Kielcami dotyczy się tylko miast małych. Choć trzeba przyznać, że takie opóźnienie jest akurat z korzyścią dla potencjalnych widzów, bo zamiast w okresie adwentowego postu i szału przedświątecznych zakupów, filmy można obejrzeć w radosnym czasie karnawału, kiedy to jednak więcej ludzi ma czas na rozrywkę.
Wszystkie filmy prezentowane na festiwalu (z czego Wrocław dostał tylko część) podzielone są na grupy tematyczne, jak chociażby Mocne Kino, Rosyjski Eros, Moskwo Kocham Cię!, czy oczywiście Ale Kosmos!, z której to jednak kategorii postanowiono w tym roku nie wyświetlić ani jednego filmu. Nie zapomniano też o dzieciach, dla których przeznaczono kategorię Mały Sputnik, w której prezentowane są znane radzieckie bajki, jak chociażby Wilk i Zając.
Więc jeśli ktoś jeszcze nie wie co zrobić z karnawałowym wieczorem, to do weekendu macie rozwiązanie, a na weekend oczywiście tańce, hulanki, swawola – i tylko karczmy nie rozwalcie!
Rysunki przytoczone ze strony internetowej festiwalu


A na koniec sami możecie zobaczyć, jak Sputnik ląduje nad Polską... a właściwie jedynie próbuje ;)



sobota, 7 stycznia 2012

Wojny diabłów z aniołami


Orszak Trzech Króli we Wrocławiu

Rok 2012. Rok zagłady, zniszczenia, rok końca świata. Co nas czeka i jak dojdzie do apokalipsy? Opcji jest wiele. Trzęsienia ziemi, powodzie (nie, we Wrocławiu akurat byłoby to nudne po 1997r.), wojny robotów, wojny aniołów z diabłami, krach giełdowy, krach internetu... stop, stop, przegapiłem, wojny aniołów z diabłami. Akurat się dzieje coś za oknem...
Jakiś orszak królewski jedzie. Chociaż ciężko powiedzieć, że jedzie, królowie idą obok swych dwugarbnych wierzchowców po tym, jak się jeden znarowił i jeźdźca zrzucił. Liczymy: jeden, dwa, trzy, czte... no, skoro apokalipsa, to powinien być czwarty. To chyba jednak zbyt wcześnie, skoro trzech jeźdźców, to na pewno królowie jadą złożyć dzieciąteczku pokłon. 
Anielska rodzina przygotowuje się
do udziału w orszaku
To ja pozostanę przy tych diabłach. Czarne kocmołuchy co rusz ganiają za jakąś owieczką do ściągnięcia na złą drogę. A jak którą wypatrzą – to przystaną, to już kuszą jakąś ciekawą wizją. A to rajem podatkowym, a to zimnym piwem z pianką – brrr, ziąb taki, deszcz pada, a one co, zimnym piwem chcą mnie otumanić? Żebym potem z kaszlem się męczył? A kysz, a kysz, apage satanas... że niby co, szatana nie ma? To apage diable, apage, zimnym piwem w środku zimy mnie będzie raczył? A kysz, zmoro nieczysta... żeby chociaż jakimś grzańcem – że co? Że herbatę ciepłą w knajpie? A co ja, dziecko jestem? Ech, faktycznie, niedobre te diabły, nie dobre. 
I niby co próbują zrobić? Zawrócić te tłumy idące za królami do stajenki? Ech, ściągnęłyby te diabły jakieś ognie piekielne na ziemię, tak troszkę, tak żeby ciepło było – nie, będą tu o herbatkach opowiadać. No jeszcze te błędne kierunkowskazy mogłyby być skuteczne, przecież ludzie geografii nie znają i może drogę zmylą – ale gdzieżby tam, przecież wszyscy wiedzą, że stajenkę na rynku we Wrocławiu rozstawili, a na rynek to już każdy wrocławianin trafi.

PAMIĘTAJ!!! SZATAN NIE ISTNIEJE!!!

ZARZĄDZAM   ODWRÓT!!! ANIOŁY    ATAKUJĄ!!!
A jakie strachliwe te diabły! Niby wywyższyły się nad wszystkich, niby na wysokościach stanęły (dokładniej: na wysokości podestu), a jak tylko anioły przylecą i anielskim pyłem posypią – to uciekają, jakby pył wodą święconą był nasączony. A gdzie ich trójzęby do zaganiania owieczek? W domach zostały, bo transparenty musiały wziąć. A diabeł to niby rąk ma ile? No dwie, więc w jedną transparentu a w drugą trójzębu nie łaska było wziąć? I już byłoby czym się opędzać, byłoby czym anielice w jakiś róg zagonić. A tu nic, uciekać im trzeba – więc po co było zaczynać tą wojnę diabelską? A nie można było po prostu się zakumplować, niczym Crowley z Azirafalem?


„Azirafal to wróg. Ale wróg po sześciu tysiącach lat staje się kimś w rodzaju przyjaciela”
Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen

A i śmiechu byłoby co niemiara, i książka wspaniała, chociażby pod tytułem „Dobry Omen”. A tak co? A tak biegają po rynku te diabły, i przed aniołami uciekają.
Diabeł ściśnięty, wśród tłumów siedzący

Diabły krążą wśród nas
A przecież wystarczyłoby zajrzeć tam, gdzie anioły akurat nie zaglądają, spowodować jakiś korek i wyłączyć nadajnik telefonii komórkowej. A właściwie to tylko to drugie, bo przecież orszak trzech króli skutecznie zablokował centrum Wrocławia...
„ -  To wam się na pewno spodoba - powiedział i poszerzył uśmiech jak stary, wytrawny konspirator. - Zablokowałem wszystkie przenośne telefony w City i West Endzie na czterdzieści pięć minut w porze lunchu.


Zapadła cisza. Z oddali dobiegał szum samochodów na autostradzie.

- Tak? - Hastur nie krył
zdziwienia - i co dalej? [...]
Może zechcesz wyjaśnić dokładniej, w jaki sposób to zagwarantuje ciągłość dostaw dla naszego Pana? - zapytał Hastur.
Crowley zebrał się w sobie. Jak im to wytłumaczyć? Że co najmniej dwadzieścia tysięcy ludzi dostało piany. Że tysiąc gardeł zabulgotało z wściekłości. Że potem ocean szału wylał się na sekretarki, policję drogową i każdego, kto akurat się nawinął i nieopatrznie pozostał w zasięgu głosu – czytaj: ryku rozszalałego szefa. Że wszyscy mścili się na wszystkich, wymyślając coraz to nowe i bardziej wyrafinowane podłości, byle tylko kogoś zgnębić? Trwało to tylko jeden dzień, do północy, a usunięcie skutków zajmie ładnych parę lat. I wcale nie trzeba było ich do tego namawiać. Dziesiątki tysięcy ludzi skutecznie sobie nawrzucało, a tak zwany diabeł wcale się przy tym nie napracował”.
Terry Pratchett, Dobry Omen

No cóż, widać wrocławskie diabły to takie średniowieczne Hastury i Ligury, dzięki czemu orszak po raz kolejny dotarł do stajenki. Tak więc choć koniec świata się zbliża, to wciąż nie wiadomo, w jaki sposób do niego dojdzie. Jedno jest pewne – na pewno nie będzie to wynikiem wojen diabłów z aniołami.
No dobra, diabły, idziemy stąd, skoro już nawet straż na nas nasłali...

piątek, 6 stycznia 2012

Kościół Świętego Wrocława

Betonowe ozdoby kościoła Odkupiciela Świata we Wrocławiu
Dokładnie rok temu szukałem kościoła, do którego Miszczuk chodził wbrew nakazom socjalistycznego ustroju. To właśnie tymi poszukiwaniami zacząłem działalność tego bloga. W drodze powrotnej kątem oka dostrzegłem jeszcze jeden kościół na Karłowicach, jednak zdecydowanie zbyt młody, aby to o nim wspominał Ziemiański. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że i ten kościół nie obcy jest fantastyce. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o Świętym Wrocławiu. 

szare, betonowe konstrukcje będące dekoracją kościoła Odkupiciela Świata we Wrocławiu„W dzielnicy Różanka wznosiło się osiedle z wielkiej płyty. Składały się na nie potężne bloki, z daleka podobne do wielkich kloców, ustawione w nieregularny kształt. Podeptany okrąg przypominał pradawne sanktuarium wzniesione rękami modlących się o słońce olbrzymów. W dzień oczywiście były to bloki jakich tysiące, i nikt nie dopatrzyłby się w nich niczego niezwykłego. Miedzy blokami ciągnął się kort tenisowy, na którym w lecie można było odbijać piłkę, a zimą butelki – tę drugą czynność uprawiano również obok placu zabaw. Na obrzeżach kościół wznoszono powoli, uparcie, za sprawą silnej, choć ślamazarnej woli proboszcza. Inaczej przedszkole i zespół szkół, w którym były ju ż nowe czasy iPodów, kolczyków w pępkach i mądrych narkotyków. Z jednej strony sunęła Odra, resztę ulice Na Polance, Żmigrodzka i Bałtycka wzięły w ruchliwy trójkąt.” 
Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław, str. 3 

Kościół Odkupiciela Świata we Wrocławiu - kościół pozornie krzywych ścian
Dziś, rok później, znów w święto Trzech Króli (zwanych także mędrcami lub magami) postanowiłem odwiedzić kościół opisany przez Orbitowskiego. Bryła budynku widziana z przodu, ewidentnie nawiązuje do stylu budowania pradawnych bazylik. Jednak w oczy od razu rzuca się „geometryczność” budynku i brak zdobień. Wszystko zostało spłycone do kół, prostokątów czy trójkątów. Za to szalony architekt postanowił w inny sposób zabawić się z oglądającym budynek obserwatorem. Pomijając wykorzystane bezskładnie różnorodne figury i ich wymieszanie, rysując rzut budynku z lotu ptaka, maksymalnie starał się unikać kątów prostych, gdzie tylko zastępując je kątami rozwartymi. Dzięki temu z jednej strony udało się bryłę o wiele ciekawszą, z drugiej jednak często spoglądając na budynek gubi się poczucie płaszczyzny i pionu, a człowiek ma wrażenie, że otaczające go ściany są krzywe. 

Geometryczne kształty kościoła Odkupiciela Świata we WrocławiuGdy przyjrzeć się budynkowi, to oczy rzuca się cecha charakterystyczna dla egipskich domów: wystające z betonu pręty zbrojenia. W Egipcie przyczyny są dwie: uniknięcie podatku za wybudowanie domu (dom w końcu nie jest zakończony, ale panie władzo, no nie stać nas na dobudowanie kolejnego piętra) oraz pozostawienie sobie furtki na wypadek konieczności rozbudowy domu, gdy kolejny członek rodziny będzie chciał założyć rodzinę. Tutaj ciężko powiedzieć, jaki cel mają wystające z betonowych narośli pręty, bo ciężko sobie wyobrazić, żeby na nich dało się jeszcze coś dobudować, chyba że jakiś element dekoracyjny – jednak czy byłby on tak drogi, żeby wstrzymywać się ciągle z jego dobudowaniem? Coby nie mówić, niejednolicie szare elementy dekoracyjne, sprawiają, że to miejsce jeszcze lepiej wpisuje się w klimat Świętego Wrocławia. O dziwo, nawet twórcy strony internetowej kościoła postawili na pewien efekt fotograficzny (wyszarzenie otoczenia celem podkreślenia tematu głównego zdjęcia) który podkreśla skojarzenia ze Świętym Wrocławiem.